Donald Trump nie zrobił większości rzeczy, które zapowiadał na pierwszy dzień urzędowania. Jego inauguracyjne przemówienie pokazało jednak, że faktycznie ma zamiar spełniać obietnice wyborcze i że może to być wyjątkowo burzliwa prezydentura.

Już po zwycięstwie w wyborach Trump kilkakrotnie powtórzył, że do "podnoszenia Ameryki z ruin" zabierze się natychmiast po zaprzysiężeniu i przedstawił listę tego, co zamierza zrobić w pierwszym dniu. Znalazły się na niej m.in. ogłoszenie planu renegocjowania układu o wolnym handlu z Kanadą i Meksykiem – NAFTA, formalne wycofanie się USA z czekającej na ratyfikację umowy Partnerstwa Transpacyficznego (TPP), zniesienie ograniczeń dla wydobycia węgla, ropy naftowej i gazu ziemnego, zmienienie wprowadzonych przez administrację Baracka Obamy ograniczeń dla kluczowych inwestycji energetycznych, wstrzymanie płatności do ONZ-owskich programów klimatycznych, wstrzymanie imigracji z krajów zagrożonych terroryzmem, wstrzymanie funduszy federalnych dla miast, które nic nie robią z nielegalną imigracją, wstrzymanie – z nielicznymi wyjątkami – zatrudnienia w administracji, przedstawienie poprawki do konstytucji wprowadzającej limit kadencji dla członków Kongresu i wprowadzenie pięcioletniego zakazu zajmowania się lobbingiem przez odchodzących urzędników administracji.

Część z tych spraw ma znaczenie jedynie krajowe, ale niektóre, jak NAFTA czy TPP, są sprawami istotnymi dla całego świata.

Jak na razie niewiele z tej listy zostało wypełnione, choć też to, iż zaprzysiężenie wypadło w piątek, nie sprzyjało realizacji zapowiedzi. Wiceprezydent Mike Pence powiedział nawet, że za prawdziwy pierwszy dzień pracy należy raczej uznać poniedziałek.

Tym niemniej pomiędzy złożeniem przysięgi a prezydenckimi balami i innymi elementami tradycji przekazywania władzy Trump zdążył złożyć kilka podpisów. Pierwsze rozporządzenie wykonawcze nowego prezydenta dotyczyło innej jego wielokrotnie powtarzanej obietnicy – ustawy o systemie opieki zdrowotnej Affordable Care Act. Nie dotyczy ono jednak likwidacji sztandarowego osiągnięcia Obamy (bo to jest w kompetencjach Kongresu), a jedynie przyznanie do tego czasu władzom wszelkiego szczebla większej elastyczności w decydowaniu o interpretowaniu ACA. W szczególności w ograniczaniu kosztów finansowych, które ta ustawa niesie. W rzeczywistości to dość ogólnie sformułowane rozporządzenie nie daje administracji żadnych nowych kompetencji wobec tych, które już miała. Więc działanie Trumpa jest trochę na pokaz i więcej w nim formy niż treści. Z drugiej strony jest to sygnał dla Kongresu i społeczeństwa co do priorytetów prezydenta. Jego symbolicznego znaczenia nie można nie doceniać.

Poza tym Trump zwolnił emerytowanego generała Jamesa Mattisa z siedmioletniego okresu karencji, który powinien upłynąć między odejściem z czynnej służby wojskowej a objęciem stanowiska w administracji (nominowany na sekretarza obrony Mattis w piątek, jako pierwszy z ekipy Trumpa, uzyskał aprobatę Senatu). Ogłosił proklamowanie Narodowego Dnia Patriotyzmu (jego szczegóły jeszcze nie są znane), zawiesił realizację tych działań poprzedniej administracji, które jeszcze nie weszły w życie (to normalna praktyka w każdym przejmowaniu władzy) oraz porozmawiał telefonicznie z kilkoma zagranicznymi przywódcami.

Wśród zawieszonych decyzji poprzedniej administracji znalazły się rzeczy uderzające w zwykłych wyborców, do których Trump się odwoływał – np. obniżka ubezpieczenia kredytów hipotecznych dla słabiej zarabiających. Według wyliczeń osoba z kredytem w wysokości 200 tys. dol. zapłaci w efekcie w tym roku 500 dol. więcej niż w 2016 r.

Z kolei w sobotę Trump odwiedził siedzibę CIA, co było próbą załagodzenia relacji ze służbami specjalnymi, które niedawno ostro krytykował za to, iż potwierdziły tezę o rosyjskich próbach ingerowania w kampanię wyborczą. Natomiast jeśli chodzi o TPP czy NAFTA, na razie działania nowego prezydenta ograniczyły się do tego, iż informacja o zamiarze wycofania się z pierwszego i renegocjacji drugiego pojawiła się na stronie internetowej Białego Domu.

Inauguracyjne przemówienie Trumpa wskazuje jednak, że prezydent naprawdę zamierza realizować swój plan oraz że będzie to inna prezydentura niż dotychczasowe. O ile Obama czy George W. Bush mówili w tej samej sytuacji o jedności, porozumieniu czy zaangażowaniu Stanów Zjednoczonych w świecie, dominującymi wątkami w wystąpieniu Trumpa było to, iż Ameryka wreszcie będzie stawiać własne interesy na pierwszym miejscu. Podobnie jak to robią inne kraje, a dla reszty świata może być co najwyżej przykładem niż pomocą. Oraz to, że kończy się władza waszyngtońskich elit, bo teraz przejmuje ją amerykański naród. Uderzając w te elity – bez rozróżniania na republikanów i demokratów – które zresztą w sporej części znajdowały się na trybunie honorowej, Trump o jednej rzeczy najwyraźniej zapomniał albo jeszcze sobie z tego nie zdaje sprawy. Prezydent USA nie ma aż tak wielkich uprawnień, by mógł zrealizować swoje obietnice bez porozumienia z Kongresem. A skoro kongresmeni i senatorowie – nawet republikańscy – już na samym początku są publicznie rugani przez prezydenta, wcale nie muszą chcieć mu ułatwiać życia. Oni też mają na uwadze własną reelekcję, a Trump zaczyna jako prezydent z najniższym wskaźnikiem aprobaty w historii.