Środowe wybory parlamentarne w Holandii otwierają cykl głosowań, który może wstrząsnąć europejską polityką w najbliższych miesiącach. Wygrana Widersa, 54-letniego charakterystycznego blondyna, lidera Partii na rzecz Wolności (PVV) byłaby symbolicznym wzmocnieniem antysystemowych, skrajnych ruchów w innych krajach Unii Europejskiej, w tym Frontu Narodowego we Francji i antyimigranckiej Alternatywy dla Niemiec (AfD).

W samej Holandii, choć politycy głównego nurtu straszą wyborców wygraną PVV, zwycięstwo tego ugrupowania (zgodnie z sondażami mało prawdopodobne) nie będzie miało większego wpływu na formowanie nowego rządu. Liderzy liczących się partii odcinają się od możliwości współpracy z Wildersem, a system wyborczy sprawia, że nawet jeśli zdobyłby on największe poparcie, obsadzi mniej niż 30 miejsc w 150-osobowej izbie.

Holandia, a wraz z nią Europa analizuje jednak całą sytuację, bo fala populizmu, jaka przelewa się przez kontynent, jest postrzegana jako zagrożenie dla istnienia UE.

Fenomen Wildersa wynika ze specyficznej historii Holandii. To jest i zawsze był tolerancyjny kraj, ale nie był rządzony w bardzo otwarty sposób. Mieliśmy różne grupy etniczne i religijne: katolików, protestantów i zsekularyzowanych - oni wszyscy mieli swoje partie polityczne, organizacje, szkoły czy związki zawodowe. Grupy te nie komunikowały się ze sobą. Ich liderzy współpracowali, aby Holandia była stabilnym krajem, ale było ciche porozumienie, żeby nie poruszać wrażliwych tematów. Jednym z nich była kwestia imigracji - ocenia autor biografii Wildersa, politolog z Uniwersytetu Amsterdamskiego prof. Meindert Fennema.

Jak podkreślił, polityka imigracyjna jego kraju w minionym wieku nie była zła jako taka. Problem polegał na tym, że nie była ona dyskutowana publicznie. -Tym, którzy chcieli o tym rozmawiać, przyklejano łatki rasistów i ksenofobów - zauważył Fennema.

Jego zdaniem, obecna sytuacja i spore poparcie dla partii Wildersa to po części protest społeczeństwa przeciwko stylowi przywództwa elit politycznych, które do tej pory sprawowały władzę. - Ludzie głosują na Wildersa, wiedząc o tym, że nie wejdzie on do rządu. Większość jego wyborców jest rozczarowana polityką w ogóle - podkreślił politolog.

Inne źródła popularności lidera Partii na rzecz Wolności profesor upatruje w głośnych zabójstwach politycznych, jakie miały miejsce na początku XXI wieku w Holandii.

W 2002 roku na 10 dni przed ówczesnymi wyborami ofiarą morderstwa padł mający szanse zostać premierem Pim Fortuyn, założyciel prawicowej LPF (Lista Pima Fortuyna), opowiadający się za nacjonalizmem kulturowym. Ten profesor socjologii nazywał islam zacofaną kulturą i nawoływał do powstrzymania napływu imigrantów.

Te wydarzenia spowodowały szok w holenderskim społeczeństwie. Jednak niedługo po tym morderstwie doszło do kolejnego - zauważył Fennema.

W listopadzie 2004 r. islamski ekstremista zabił reżysera filmowego i krytyka islamu Theo van Gogha (prawnuka Theo van Gogha - marszanda i brata malarza). Morderca - 26-letni naturalizowany Marokańczyk, przybił ofierze nożem do klatki piersiowej list grożący życiu Wildersa i Ayaan Hirsi Ali - Holenderki pochodzącej z Somalii, działaczki politycznej i współpracowniczki van Gogha przy filmie o obrzezaniu kobiet w części muzułmańskich krajów.

Oboje, zarówno Wilders jak i Hirsi Ali, musieli się po tym ukrywać - przypomniał Fennema. Choć mniejszości etniczne stanowią dalej relatywnie niewielką część społeczeństwa holenderskiego, to skoncentrowane są w miastach i przez to postrzegane przez część społeczeństwa jako potencjalne zagrożenie.

Zdaniem profesora, jeśli ludzie postrzegają islam w Holandii jako problem, oznacza to, że faktycznie jest to problem. - W Holandii jest trochę ksenofobii, która może być zorganizowana pod hasłem sprzeciwu wobec islamu. Możesz być antyislamski, ale nie postrzegać siebie jako rasisty czy ksenofoba. Mówisz, że jesteś przeciwko kulturze islamskiej, że nie współgra ona z naszą kulturą - tłumaczy profesor.

Obserwatorzy zwracają też uwagę, że dla wielu Holendrów, który stracili w wyniku globalizacji czy zmian społeczno-ekonomicznych zachodzących na przestrzeni ostatnich lat, imigranci stanowią łatwe wytłumaczenie ich frustracji.

Choć na partię Wildersa, która na przełomie roku była zdecydowanym liderem sondaży, chciał głosować co piąty ankietowany Holender, od kilku tygodni traci ona wyborców. Obecnie wyprzedzają ją liberałowie, czyli Partia Ludowa na rzecz Wolności i Demokracji (VVD) premiera Marka Ruttego.

Jest wiele powodów, dlaczego się tak dzieje. Po pierwsze Wilders zdecydował, że nie będzie uczestniczył w wielu debatach telewizyjnych. Miał nadzieję, że przez to będzie w stanie mocniej przyciągać uwagę. Przeliczył się jednak. Jak już doszło w poniedziałek wieczorem do debaty, została ona przysłonięta przez kryzys dyplomatyczny pomiędzy Turcją a Holandią - zauważył Fennema.

Jego zdaniem w wyniku kryzysu dyplomatycznego między Holandią i Turcją, który zdominował ostatnie dni kampanii, liberałowie Ruttego wygrają wybory i będą największym ugrupowaniem w parlamencie. - Wilders nie będzie mógł ogłosić zwycięstwa - przewiduje jego biograf. Jak dodał, w Europie nie dojdzie do efektu domina i wyborcy w kolejnych krajach również będą stawiać tamę populistom i antysystemowym ugrupowaniom.