Polityków tych niezależna rosyjska gazeta nazywa "braćmi i siostrami" szefowej francuskiego Frontu Narodowego Marine Le Pen i ocenia, że choć w samej Le Pen Moskwa pokłada "wielkie nadzieje", to "przydadzą się też ci pomniejsi".

W obszernym materiale opublikowanym na stronie internetowej "NG" opisuje wizyty przedstawicieli partii belgijskich w Moskwie; zdaniem autora, korespondenta gazety w Brukseli, sytuacja jest typowa również dla innych krajów unijnych. Autor relacjonuje pobyt w Moskwie w 2014 roku - "na tle wydarzeń na Ukrainie i Krymie" - pięcioosobowej delegacji Interesu Flamandzkiego (VB), partii będącej kontynuacją skrajnie prawicowego Bloku Flamandzkiego. W składzie delegacji był w Moskwie jeden z liderów partii Filip Dewinter, działacze wzięli udział w konferencji w Moskwie pod egidą ówczesnego przewodniczącego Dumy Państwowej (niższej izby parlamentu) Siergieja Naryszkina. Koszty wizyty pokryła - jak podał VB - strona rosyjska.

Następnie w 2016 roku Dewinter na zaproszenie rosyjskiego parlamentu znalazł się wśród obserwatorów zagranicznych na wyborach do Dumy. W Moskwie przedstawiano go jako "europejskiego obserwatora", chociaż on i jemu podobni nie mieli nic wspólnego z misją OBWE obserwującą wybory - zauważa "Nowaja Gazieta". Po raz kolejny nazwisko Dewintera pojawiło się w informacjach medialnych w lutym br., gdy belgijska delegacja parlamentarna odwiedziła bazę lotniczą Hmejmim w Syrii, wykorzystywaną przez rosyjskie lotnictwo.

"Nowaja Gazieta" przypomina, że jako młody polityk w 1988 roku Dewinter na cmentarzu wojskowym w Lommel próbował uczcić pamięć współpracujących z SS Flamandów, którzy walczyli w II wojnie światowej po stronie hitlerowskich Niemiec. Oprócz banalnej ksenofobii (Dewinter) i jego partia propagują separatyzm, opowiadając się za oddzieleniem się Flandrii od Belgii. Naryszkin oczywiście zdaje sobie sprawę, na podstawie jakiego artykułu karnego taki polityk sądzony byłby w Rosji. Prawo w Belgii jest bardziej tolerancyjne - zauważa "NG".

Działacze VB Jan Penris i Frank Creyelman występowali jako "obserwatorzy międzynarodowi" podczas referendum na Krymie w marcu 2014 roku, a według mediów belgijskich "ich misję w całości finansował Kreml". Z kolei w marcu 2015 roku przyjechali do Moskwy na zaproszenie strony rosyjskiej dwaj inni belgijscy politycy: Aldo Carcaci z Partii Ludowej (PP) i działacz skrajnej prawicy Luc Michel. Odbyli oni spotkania w obu izbach parlamentu Rosji i w MSZ. W Moskwie rosyjscy rozmówcy nazywali gości ludźmi dobrej woli z Belgii, którzy chcą przekazać narodowi alternatywny punkt widzenia - relacjonuje gazeta.

Według ocen ekspertów europejskich i instytucji unijnych Kreml, uwzględniając relację sił między Rosją i UE, prowadzi metodyczne działania na poziomie stosunków dwustronnych z (poszczególnymi) krajami, regionami, partiami politycznymi i grupami społecznymi (biznesmenami). Jeśli w czasach radzieckich opierał się na partiach komunistycznych - którym dobrze płacił - to dziś (opiera się) na partiach populistycznych - pisze "NG".

Wymienia wśród nich: francuski Front Narodowy i "rodzinę Le Pen" (tj. Marine Le Pen i jej ojca Jean-Marie Le Pena - PAP), Alternatywę dla Niemiec (AfD), Partię Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP), Złotą Jutrzenkę w Grecji, partie Jobbik na Węgrzech i Ataka w Bułgarii oraz Austriacką Partię Wolności (FPOe).

W środowisku dyplomatów rosyjskich w Europie jednym z głównych słów jest "rusofobia". Oznacza wszelką krytykę Kremla. W obiegu wśród politologów europejskich pojawił się jego antonim - "rusofilia", która oznacza poszukiwanie w modelu państwa rosyjskiego alternatywy dla politycznego mainstreamu w Unii Europejskiej - zauważa "Nowaja Gazieta".