"Każda z nich wskazywała inną przyczynę dramatu. Do dziś ostatecznie nie wiadomo, dlaczego do niej doszło", piszą Norbert Sałustowicz i Violetta Krasnowska w książce "Najbardziej niesamowite katastrofy lotnicze". Co się w ogóle wydarzyło tego feralnego dnia?

Eksplozja bomby

Wszystko zaczęło się od eksplozji bomby, do której doszło w porcie lotniczym Las Palmas na Gran Canaria. W wyniku wybuchu ucierpiało osiem osób, w tym jedna ciężko. Istniało przypuszczenie, że w porcie podłożono kolejny ładunek, pasażerów natychmiast ewakuowano, a terminal zamknięto. Cały ruch przekierowano na lotnisko Los Rodeos Airport na Teneryfie. Z jednym pasem startowym.

Ruch na płycie lotniska był duży, a stanowiska postojowe niemal wszystkie zajęte. Mimo to na Teneryfie wylądowała maszyna KLM z 234 osobami na pokładzie – leciała z Amsterdamu do Las Palmas. Pilotowana była przez jednego z najbardziej doświadczonych kapitanów -  Jacoba Veldhuzyen van Zantem; miał wylatanych 12 tys. godzin, w tym 1,5 tys. na boeingach 747.

Z każdą kolejną minutą samolotów przybywało – obok podkołował np. Pan American z 364 pasażerami. Maszyną dowodził Victor Grubbs – 21 tys. godzin w powietrzu. Kapitan licząc, na to, że lotnisko w Las Palmas szybko zostanie ponownie otwarte nie zgodził się na wyjście pasażerów do terminalu. Był gotowy startować w każdej chwili.

Problem w tym, że pas blokował holenderski KLM, którego pasażerów trzeba było szukać po całym terminalu.

Godziny mijały, zniecierpliwienie załogi rosło. A jakby tego było jeszcze mało, to z każdą minutą pogarszała się też pogoda – lotnisko spowijała już gęsta mgła. Widoczność nie przekraczała 200 metrów.

- KLM do wieży. OK, rozumiem, po pasie numer 30 – rozpoczęła się w końcu procedura przygotowywania startu. Do tej przystąpił także Pan American.

- Nie wyrobią się z tymi startami, za dużo tu teraz tego.
- Okropny burdel – piloci wymieniali między sobą ostatnie uwagi.

40 tysięcy litrów palącej się nafty

Załoga amerykańskiego samolotu upewniła się jeszcze, czy mają wjechać na ścieżkę kołowania numer 3. Rozpoczęła też sprawdzanie checklisty (to lista czynności, które zawsze wykonuje się bezpośrednio przed startem) i… minęła 3 ścieżkę.

Do startu wszystko było już gotowe – potrzebna była już tylko zgoda wieży. KLM jeszcze jej nie dostał, a mimo to już zaczął się rozpędzać.

- KLM do wieży: potwierdzam, po starcie kurs 40, poziom lotu 90, radiolatarnia 325.
- Właśnie startujemy!
- Wieża do KLM: OK, czekajcie na start, zawołam was.

Tę rozmowę usłyszał też Pan American – piloci obu maszyn mieli ustawione radia na częstotliwości kontroli naziemnej 119,7 MHz.

- Tu panam, ”Clipper Victor”, my ciągłe kołujemy pasem, mu ciągle kołujemy pasem – krzyczał kapitan. – Panam do wieży, wciąż kołuję, zamelduję, kiedy oczyszczę.
- To on nie jest czysty? – zareagował inżynier pokładowy KLM.
- Co powiedziałeś???? – dociekał van Zanten.
- Czy on nie jest czysty, ten panamwercican, ten panamercian jest na pasie!!!

"Kilka sekund później piloci panameru zobaczyli naprzeciw siebie światła. Przed moment nie byli pewnie co to jest. Ostre lotnicze światło 300 metrów przed sobą! Na tym samym pasie startowym! Po chwili z mgły wyłoniła się sylwetka boeinga 747. Przez moment wydawał się być nieruchomy. Ale to złudzenie trwało krótko, bardzo krótko. Jumbo jet, kolos ważący ponad 300 ton, pędził na nich z prędkością bliską startowej, około 250 km/h. 70 metrów na sekundę!", opisują autorzy "Najbardziej niesamowitych katastrof lotniczych".

- On… tam jest… spójrz na niego… Boże miłosierny… ten skurwysyn… on tu jest! – krzyczał Grubbs. - Uciekajmy stąd!

Mimo natychmiastowych prób zmiany położenia maszyny – kapitał zadziałał z automatu – samolot Pan American pozostał na pasie startowym. W tym czasie pilot KLM mocniej chwycił wolant i ściągnął go na siebie – starał się maksymalnie unieść dziób. Wszystko na nic. Holender nie był w stanie ominąć Amerykanów. Zahaczył o ich ogon i zdarł cały dach z kadłuba.

"Oba samoloty zderzyły się, a zniszczenia były katastrofalne w skutkach. KLM przeleciał jeszcze 300 metrów, runął na ziemię, a jego wrak pokryło 40 tys. litrów palącej się nafty. Panam, stojący teraz na skraju pasa, płonął niczym stos".

"Ta katastrofa nie miała prawa się zdarzyć"

Żaden z pasażerów KLM nie przeżył, z Pan American uratowało się 70 osób. Jak? Skakali z 7 metrów na płytę lotniska. Łącznie zginęło 600 osób.

Co było bezpośrednią przyczyną jednej z największych katastrof w historii lotnictwa? Mgła, nieznajomość lotniska, rozkojarzenie albo zmęczenie pilotów - domysły się mnożą. Lekkomyślność kapitana? Start bez zgody na start? – tę ostatnią wersję przyjęła komisja powołana przez Amerykanów, podczas gdy ta powołana przez Holendrów wskazywała na przegapienie trzeciej ścieżki kołowania. Obie komisje są przy tym zgodne, że te nieprawidłowości powinna bardzo szybko wykryć wieża.

Hiszpańska komisja winną obarczała z kolei załogi obu samolotów.

"Jedno jest pewne – ta katastrofa nie miała prawa się zdarzyć, bo są odpowiednie wypracowane procedury, kanony, tryby postępowań. Nic nie może zdarzyć się tu przypadkiem, bo mały błąd pociąga za sobą coraz większy, aż do tragicznego końca", kwitują Norbert Sałustowicz i Violetta Krasnowska.

Aby uniknąć podobnych katastrof, władze lotnisk zdecydowały się montować na pasach startowych specjalistyczne radary – umożliwiają obserwację pasów i wszystkiego, co się na nich dzieje.

Katastrofa na Teneryfie, która wydarzyła się 7 marca 1977 r., to jedna z sześciu katastrof lotniczych opisana w książce "Najbardziej niesamowite katastrofy lotnicze". Inne miały miejsce m.in. w Arabii Saudyjskiej i we Francji.