Orędownikami takiego pomysłu są przede wszystkim politycy Koreańskiej Partii Wolności, największego ugrupowania opozycyjnego. Wczoraj w seulskim parlamencie zorganizowali konferencję poświęconą zagadnieniu. Co więcej, członkowie KPW zastanawiają się nad umieszczeniem takiego postulatu w programie partii. – Najwyższa pora, abyśmy na poważnie rozważyli możliwość powrotu amerykańskich, taktycznych głowic nuklearnych do naszego kraju – powiedział podczas spotkania przewodniczący klubu parlamentarnego KPW Chung Woo-taik.

To nie pierwszy raz, kiedy politycy KPW sięgają po ten postulat. Wspominał o nim również w trakcie niedawnych wyborów prezydenckich przewodniczący ugrupowania, a zarazem kandydat partii na urząd głowy państwa Hong Jun-pyo. Wtedy jednak ważniejsze dla wyborców było to, aby odsunąć od władzy partię Saenuri, z której wywodziła się poprzednia prezydent, zmuszona do odejścia w atmosferze skandalu.

Teraz jednak okoliczności się zmieniły. Pjongjang zaostrza retorykę i grozi wystrzeleniem pocisku balistycznego w Guam, amerykańskie terytorium zależne na Pacyfiku, a różne sygnały świadczą o tym, że północnokoreański program atomowy jest coraz bardziej zaawansowany. W lipcu kraj przeprowadził dwie próby pierwszego, międzykontynentalnego pocisku balistycznego swojej konstrukcji. Wczoraj zaś „Washington Post” poinformował, powołując się na wywiad wojskowy USA, że Korea Płn. jest już w stanie umieścić ładunek jądrowy w takim pocisku. Dotychczas stanowiło to poważne ograniczenie dla ambicji Pjongjangu.

Zdaniem polityków KPW jedyną sensowną odpowiedzią Południa w takich okolicznościach może być zajęcie twardszego stanowiska względem Północy. Tym bardziej że program atomowy kraju łamie porozumienie denuklearyzacyjne między oboma państwami półwyspu z 1992 r. – Pokój zapanuje dopiero wtedy, gdy osiągniemy równowagę sił – a nie, kiedy będziemy o niego błagać – stwierdził w poniedziałkowym komunikacie medialnym Hong.

Postulat KPW ma jeden słaby punkt: jego realizacja jest uzależniona od Waszyngtonu. Amerykanie wycofali swoje taktyczne uzbrojenie jądrowe z Korei Płd. w 1991 r., aby zachęcić Pjongjang do wpuszczenia na swój teren inspektorów Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Od tej pory USA nie kwapią się do powrotu na półwysep ze swoim arsenałem m.in. przez wzgląd na Chiny.

Alternatywą byłby powrót do budowy własnej broni atomowej, nad czym Seul zresztą pracował do 1975 r., kiedy kraj podpisał Traktat o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej (przynajmniej oficjalnie; Korea Płd. później przyznała się, że pewne prace kontynuowano w ukryciu). Uruchomienie programu oznaczałoby jednak wystąpienie z traktatu, co narażałoby kraj na sankcje w handlu technologiami atomowymi do celów cywilnych, a także zaliczało Seul do klubu obecnie składającego się tylko z jednego członka – Korei Północnej.

Z tego względu idea własnego uzbrojenia atomowego jest w Korei Płd. tematem tabu, chociaż niektóre sondaże opinii publicznej pokazują poparcie dla pomysłu. Wątpliwe także, żeby broń jądrowa nad rzeką Han - w jednym czy drugim wariancie - znalazła akceptację w Waszyngtonie. Nawet w warunkach eskalacji napięcia i pomimo wypowiedzi Trumpa, który w marcu stwierdził, że kraje takie jak Japonia i Korea Południowa powinny zainwestować we własne programy atomowe.

Nie wszyscy politycy w Seulu są jednak zdania, że zajmowanie twardego stanowiska jest właściwą drogą. Zwolennikami bardziej koncyliacyjnego stanowiska są przedstawiciele znajdującej się obecnie u władzy Demokratycznej Partii Korei, w tym wywodzący się z niej prezydent Moon Jae-in. Uważa on, że nacisk musi być położony na wciągnięcie Korei Północnej do dialogu, który - jeśli ma być skuteczny - nie może się ograniczać tylko do kwestii rozbrojenia atomowego. Punktem wyjścia muszą być relacje gospodarcze.

W tym duchu utrzymana jest wizja, jaką Moon przedstawił jeszcze w 2015 r., a którą nazwał "Nową Mapą Gospodarczą Półwyspu Koreańskiego". Zakłada ona m.in. stałe połączenie obydwu krajów drogą morską i lądową, poszerzenie specjalnej strefy ekonomicznej Kaesong, w której południowokoreańskie firmy mogą zatrudniać pracowników z Północy, a także powrót do wspólnego projektu turystycznego, umożliwiającego obywatelom Południa wycieczki na znajdującą się blisko granicy górę Kumgang. Program zakładał także zwiększenie pomocy humanitarnej.

Rządzący wcześniej konserwatyści woleli względem Pjongjangu stosować metodę kija, a program Moona mocniej akcentował marchewkę. Widać to było także w nastawieniu nowego prezydenta do systemu obrony przeciwrakietowej THAAD, którego instalację na terenie kraju wywalczył w Waszyngtonie poprzedni rząd. Moon odwlekał wydanie na to zgody, mówił, że lepiej, gdyby zrobił to parlament. Teraz jest zdania, że w kraju powinna stanąć nie jedna, ale cztery baterie systemu. Trudno powiedzieć, czy kontynuuje w ten sposób strategię marchewki, znajdując kolejne bariery dla instalacji THAAD i licząc, że Pjongjang doceni gest; czy biorąc pod uwagę rozwój sytuacji, postanowił marchew podać Północy na twardym kiju.

Kij czy marchewka, wszystkie dotychczasowe podejścia zawiodły - argumentują w wydanym niedawno artykule Young Sun Ha oraz Chaesung Chun z Instytutu Azji Wschodniej w Seulu. Rząd będzie musiał zaprojektować zupełnie nową strategię, która lepiej połączy lokalne wysiłki z międzynarodowymi. Cel: przekonać, że program atomowy stanowi egzystencjalne zagrożenie dla rządów Kim Dzong Una, a jego zakończenie – gwarancję spokoju. Jednocześnie inni badacze tej samej instytucji nawołują do zacieśnienia współpracy wojskowej z Japonią. Chociaż obydwa kraje należą do grona sojuszników USA i obawiają się rosnącej potęgi Chin, trudno powiedzieć, że ich relacje są ciepłe. Badacze z IAW chcą, żeby to się zmieniło i żeby wojskowe relacje nie były zależne od nastrojów politycznych i społecznych.

Wzrost napięcia nie wszystkim zaszkodził

Północnokoreańska agencja KCNA ogłosiła wczoraj, że armia bada możliwość ataku na wyspę Guam na Pacyfiku. To terytorium zależne USA, na którym znajduje się ważna baza wojskowa. Ostrzeżono także, że kontynentalne terytorium Stanów Zjednoczonych też nie będzie bezpieczne w razie ewentualnego konfliktu.

To reakcja na poniedziałkowe wypowiedzi Donalda Trumpa. – Jeżeli Korea Płn. nie przestanie nam grozić, to spotka ją ogień i furia, coś, czego świat jeszcze nie widział – powiedział prezydent na spotkaniu z dziennikarzami podczas urlopu w New Jersey. Aby nie było wątpliwości, że mówi poważnie, za chwilę powtórzył stwierdzenie o „ogniu i furii”.

Odpowiedział w ten sposób na słowa północnokoreańskich oficjeli. Najpierw szef dyplomacji Ri Yong-ho na szczycie państw ASEAN w Manili oświadczył, że jego kraj nie ma zamiaru negocjować rezygnacji z programu nuklearnego, a potem Pjongjang zapowiedział, że USA „tysiąckrotnie” odpowiedzą za swoją zbrodniczą działalność. Była to reakcja na jednogłośną decyzję Rady Bezpieczeństwa ONZ, która w weekend przegłosowała rezolucję o nałożeniu na Koreę Płn. sankcji.

W efekcie tej słownej potyczki wczoraj od rana wszystkie najważniejsze indeksy giełdowe w Europie i w Azji zaczerwieniły się od spadków (więcej na stronie A1). Ale nie wszystkim wzrost napięcia zaszkodził. Na giełdzie w Londynie o 3 proc. podskoczyły notowania producentów złota i srebra.

Wzrost stał się także udziałem firm zbrojeniowych. Akcje na Wall Street amerykańskiego Lockheed Martin, producenta m.in. myśliwców F-35 i transportowców Hercules, zyskały 1,5 proc. O 1,3 proc. wzrosły akcje brytyjskiego giganta BAE Systems.