Najpierw udane próby Korei Północnej z rakietami międzykontynentalnymi. Potem odpowiedź prezydenta USA Donalda Trumpa, że Północ czekają „ogień i furia”. W odwecie groźba zaatakowania amerykańskiej bazy na wyspie Guam. Niepierwsza to słowna potyczka obu państw. Czym różni się obecny kryzys od poprzednich?

Wywiady japoński i amerykański, o czym informowała prasa za oceanem, uważają, że Północ jest już w stanie zminiaturyzować ładunek jądrowy. Zatem jeśli to prawda, to jest to przełom, bo Pjongjang ma już nie tylko rakiety balistyczne dalekiego zasięgu, lecz także może umieścić w nich głowice jądrowe.

Czy prawdą jest, że Północ pracuje nad programem atomowym od lat 50.?

Zaczęli jeszcze wcześniej. Pierwsi koreańscy technicy wyjechali do Związku Sowieckiego już w 1946 r., dwa lata przed powstaniem państwa północnokoreańskiego. Teraz Pjongjang ma rakiety średniego i dalekiego zasięgu oraz możliwość wystrzelenia ich nie tylko z lądu, lecz także z łodzi podwodnych oraz miejsc na lądzie niezlokalizowanych dotąd przez analityków z Tokio, Seulu i Waszyngtonu. Ameryka uświadomiła sobie w końcu, że to nie są przelewki. Jeszcze parę lat temu koreańskie rakiety zagrażały sojusznikom USA w Azji oraz bazom amerykańskim na Pacyfiku. Dziś program atomowy Północy zagraża kontynentalnym Stanom Zjednoczonym. Kropkę nad „i” Koreańczycy postawili w lipcu tego roku, kiedy przeprowadzili dwie udane próby rakiet dalekiego zasięgu. Granica została przekroczona.

Jak ostatnie wydarzenia przedstawia północnokoreańska propaganda?

Spirala propagandowa jest podkręcana. Stale nasila się też wojenna psychoza. W ostatnich miesiącach telewizja publiczna wyświetla filmy, na których pokazane są ataki na amerykańskie miasta. Płoną Los Angeles i Nowy Jork, płonie Kapitol w Waszyngtonie. Kim Dzong Un robi takie rzeczy, bo jak nigdy dotąd pewny jest siły, która za nim stoi.

O co gra?

Na obecny stan napięcia na Półwyspie Koreańskim trzeba patrzeć przez pryzmat dwóch ważnych wydarzeń. Po pierwsze – w ubiegły weekend Rada Bezpieczeństwa ONZ jednomyślnie przyjęła rezolucję nakładającą nowe sankcje na reżim Kim Dzong Una. Ktoś powie: to nie pierwszy raz, kiedy karze się Północ w ten sposób. Prawda, ale są to najostrzejsze z dotychczasowych sankcji. I po drugie – kilkanaście godzin później ministerstwo spraw zagranicznych Chin wydało oświadczenie, że będzie – jak to określono – w stu procentach przestrzegać rezolucji. To wielka zmiana w stanowisku Pekinu, bo dotychczas Chiny podchodziły do sankcji wybiórczo. Z jednej strony nałożyły embargo na węgiel z KRLD, a z drugiej współpracowały z nią na innych obszarach.

Czy Kim Dzong Un ma prawo czuć się zaniepokojony?

Tak, ma prawo czuć się zaniepokojony i rozżalony. Zwłaszcza że dzięki współpracy z Chinami przez ostatnie dwa lata współpraca kwitła, a Północ odnotowała wzrost gospodarczy w wysokości 4 proc. PKB, czyli więcej niż Polska. I wszystko to dzieje się w czasie obowiązywania międzynarodowych sankcji podjętych przez ONZ. To najlepsza odpowiedź na pytanie, czy owe sankcje działają.

Jaki jest rzeczywisty wpływ Pekinu na Pjongjang?

Pekin ma w rękach wszystkie narzędzia realnego nacisku na Kim Dzong Una: politycznego, dyplomatycznego, wojskowego oraz, co najważniejsze, gospodarczego. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że gospodarka Północy jest przyspawana do chińskiej. Ponad 80 proc. wymiany handlowej Pjongjangu przypada na potężnego sąsiada. Mało tego – Chiny to główny dostawca ropy dla Północy. W przeszłości zdarzało się, że Pekin ogłaszał zakłócenia w dostawach ropy i na jeden dzień ograniczał dostawy paliwa. Skutkiem były kolejki na stacjach benzynowych. W kraju, w którym prywatnych samochodów praktycznie nie ma.

Dlaczego Chiny miałyby teraz wpłynąć na reżim Kim Dzong Una? Posiadanie niesfornego wasala jest dla nich bardzo wygodne. Takiego straszaka zawsze można użyć wobec USA, Korei Południowej czy Japonii.

Pekin zawsze dbał, aby nie naciskać za mocno na reżim w Pjongjangu. Bał się, że alternatywą będzie anarchia, upadek reżimu i zjednoczenie Korei. Ale tego ostatniego nikt nie chce, bo nagle na mapie politycznej świata pojawiłby się ponad 75-milionowy potężny kraj. Według Banku Światowego zjednoczona Korea w ciągu 20 lat mogłaby stać się regionalnym mocarstwem. Chińczycy pamiętają, że w parę lat po zjednoczeniu Wietnamu wybuchła wojna chińsko-wietnamska. Między Pekinem a Koreą nierozwiązanych kwestii jest o wiele więcej: granice, podejście do interpretacji historii, status mniejszości koreańskiej w Chinach czy ewentualny napływ tysięcy uchodźców z Północy w razie ewentualnej wojny.

Czy możemy się spodziewać wizyty Donalda Trumpa w Pekinie?

Ta wizyta jest nieuchronna. I pewnie nastąpi szybko. Tajemnicą poliszynela jest, że groźby Północy będą wtedy jednym z głównych tematów rozmów. Myślę, że jeśli uda się zawrzeć, jak to lubi mówić Trump, „deal”, to do wojny na Półwyspie Koreańskim nie dojdzie.

Tyle tylko że Trump wydaje się amatorem...

Za słowa o „ogniu i furii” krytykowali go w Kongresie wszyscy. Już wcześniej zresztą groził Pjongjangowi przy okazji prób rakietowych. Mówił, że jeśli to się powtórzy, Koreańczycy nie unikną konsekwencji. I co? I nic. A słowa Trumpa są uważnie słuchane i analizowane w Pekinie. Przywódcy chińscy zastanawiają się, na ile prezydent USA jest zdeterminowany, aby zagrać va banque.

Czy Chińczycy przygotowują się do „dealu” z Białym Domem?

Do porozumienia z Chińczykami będzie dążył i sam Trump, ale będzie musiał dać im coś w zamian. A lista spraw, na których zależy Chińczykom, jest olbrzymia: przyszłość Tajwanu, dwustronna wymiana handlowa, w której Chińczycy mają 300 mld dol. nadwyżki, konflikt na Morzu Południowochińskim, kwestie Birmy czy Japonii. Jeżeli jednak nie uda się osiągnąć porozumienia, to wojna między Koreą Północą a USA będzie nieuchronna. I przewiduję, że wszystko rozstrzygnie się w ciągu pięciu najbliższych miesięcy.

Dlaczego akurat w ciągu pięciu najbliższych miesięcy?

Bo nie można im dać więcej czasu. W prezencie od prezydenta Baracka Obamy, za sprawą jego strategii dyplomatycznej cierpliwości, Pjongjang dostał osiem lat. Wykorzystano je do przyspieszenia prac nad programem atomowym. Teraz Kim Dzong Un chce, by świat uznał Północ za mocarstwo atomowe. Zresztą to, że KRLD jest państwem atomowym, wpisano kilka lat temu do konstytucji tego kraju. To też świadczy o tym, jak bardzo jest to istotna kwestia dla Pjongjangu. Ale na razie nikt na świecie nie uznał Północy za mocarstwo atomowe, nawet Chiny, choć Koreańczycy bardzo się tego domagali.

Dlaczego świat nie chce zgodzić się na atomowy status Korei Północnej?

Po pierwsze – konsekwencją tej sytuacji byłby atomowy wyścig zbrojeń w Azji. Stworzenie broni jądrowej nie jest problemem, zwłaszcza dla takich krajów jak Tajwan, Korea Południowa czy Japonia. Ale eskalacja takiego wyścigu zagraża bezpieczeństwu nie tylko Azji, ale całego świata. Po drugie – kto zagwarantuje, że Północ, państwo zbójeckie, które utrzymuje stosunki z innymi opresyjnymi reżimami, w tym Iranem, nie podzieli się sukcesami. Po trzecie – Pjongjang wspiera także większość organizacji terrorystycznych. Kto więc zagwarantuje, że nie dostarczy Hamasowi czy Hezbollahowi „brudnej” bomby atomowej? Po czwarte – Północ nie jest państwem przewidywalnym. Ideologia KRLD to piekielna mieszanka rasizmu, nacjonalizmu i stalinizmu. To najbardziej opresyjny kraj świata, nieporównywalny z żadnym innym. Rzeczy, które działy się w Albanii Hodży, w Rumunii Ceau?escu czy Kampuczy Pol Pota bledną w porównaniu z północnokoreańską codziennością.

Ale ewentualny konflikt „prewencyjny”, czyli atak USA, pochłonąłby dziesiątki tysięcy ofiar.

To byłaby straszna rzecz, ale nieraz było tak w historii, że wywoływano konflikt w celu uniknięcia jeszcze większej pożogi i milionów ofiar.

Cały czas mówimy o małym, 25-milionowym kraju, w dodatku bardzo biednym. Jak Północ może zagrażać Stanom Zjednoczonym?

O Północy powiada się, że to żebrak ekonomiczny, karzeł dyplomatyczny, ale gigant militarny. Pjongjang trzyma pod bronią 1,2 mln żołnierzy. Do tego trzeba doliczyć 5 mln w milicji i organizacjach paramilitarnych. Pjongjang ma także broń chemiczną, biologiczną, no i atomową. To nie jest Syria, Afganistan czy Irak, tylko realna siła. Oczywiście dopiero po wybuchu wojny przekonalibyśmy się, jak ludność północnokoreańska powitałaby wojska południowokoreańskie czy amerykańskie. Tego nie wiemy, ale wiemy, jak zachowują się żołnierze Północy lub agenci tamtejszego wywiadu, kiedy znajdą się w sytuacji bez wyjścia na obcym terytorium. Popełniają samobójstwo. Dla wielu żołnierzy z Północy wojna to nie sprawa życia i śmierci, tylko wybawienie. Służba wojskowa trwa 10 lat. Wojna to nadzieja na zmianę losu. Nieprzypadkowo na jednej z ulotek przygotowanych dla wojska napisano, że jak wkroczą do Seulu, to będą mieć takie same prawa jak żołnierze Armii Czerwonej w Berlinie w 1945 r.

O ile w czasach zimnej wojny napięcie między Północą a innymi państwami było zrozumiałe, to dlaczego od prawie 30 lat świat nie potrafi dogadać się z Północą?

Z Pjongjangiem rozmowy toczą się od zakończenia wojny w Korei, od 1953 r. Były to negocjacje jawne, poufne, wielostronne, z mediatorami i bez mediatorów – i wszystkie zakończyły się fiaskiem. Południe przed laty wysunęło koncepcję słonecznej polityki, czyli otwartego dialogu z północnym sąsiadem. Jak się ona zakończyła? Jednostronnym sukcesem Pjongjangu. Wzięli pieniądze, na moment podreperowali swój prestiż, zyskali czas, a nie ustąpili ani o krok. To jest właśnie problem negocjacji z Północą. Dla nich to kupowanie czasu. A czas gra teraz na ich korzyść. Amerykanie zdają sobie z tego sprawę. Za rok program atomowy Pjongjangu będzie jeszcze bardziej rozwinięty. A politycy koreańscy – bardziej zdeterminowani. Amerykanie na początku prezydentury Billa Clintona byli bardzo blisko decyzji o prewencyjnym ataku na wybrane punkty wojskowe związane z programem atomowym w Korei Północnej. Ale sprzeciwiła się wtedy Korea Południowa, która obawiała się odwetowego ataku na Seul. Ale dzisiaj Ameryka nie może pozwolić sobie na tolerowanie reżimu, który otwarcie mówi, że jego celem jest zniszczenie USA. W razie czego nie cofną się, stawką jest teraz bezpieczeństwo amerykańskich obywateli.

Sam pan powiedział, że zjednoczenie Korei nie jest w niczyim interesie. Pewnie także Południe nie jest na to gotowe, ze względu na ogromne koszty. Jak więc można rozwiązać problem Północy?

Jest wiele scenariuszy: jednym z nich jest zmiana reżimu w Pjongjangu. Czyli odsunięcie klanu Kimów od władzy i dopuszczenie do niej polityków nie tyle prozachodnich, co bardziej prochińskich. Takich, którzy zagwarantują, że Pjongjang pozbędzie się broni atomowej i jednocześnie stworzy bardziej otwarty model państwa. Na wzór Chin właśnie. Takim reformatorem mógł być Jang Song Thaek, wuj Una, ale został na jego polecenie zamordowany. Amerykanie są gotowi na taki scenariusz. Proszę zwrócić uwagę, że już nie mówią, że celem jest zjednoczenie Korei pod egidą Seulu. A to oznacza, że są w stanie zaakceptować, iż Północ pozostanie niezależnym i suwerennym państwem, w bliskich relacjach z Chinami, ale już nie agresywnym państwem atomowym.