Podatki, a w szczególności podatek od bogactwa, wyrastają na najważniejszy temat kampanii przed wrześniowymi wyborami parlamentarnymi. Rządząca centroprawica i opozycyjna Partia Pracy mają zupełnie odmienne zdanie, czy dla gospodarki lepsze jest ich obniżanie, czy podwyższanie.

Norwegia jest jednym z zaledwie kilku krajów świata, w których oprócz podatku dochodowego istnieje podatek od posiadanego majątku. Obecnie wynosi on 0,85 proc. od aktywów powyżej 1,48 mln koron (ok. 676 tys. zł), choć do wyliczenia majątku bierze się pod uwagę tylko 50 lub 25 proc. wartości rynkowej posiadanych nieruchomości. Rządząca od czterech lat koalicja Partii Konserwatywnej i Partii Postępu już obniżyła podatek, który wcześniej wynosił 1 proc., i zapowiada, że docelowo chce go w ogóle zlikwidować. Prowadząca w sondażach Partia Pracy chce nie tylko cofnięcia tej zmiany, ale podniesienia go do 1,2 proc. Postuluje także zwiększenie podatku dochodowego dla najlepiej zarabiających.

Podatek od przedsiębiorstw musi być zmniejszony, bo to działa. Ale w przypadku podatku od bogactwa, do czego jesteście tak przywiązani, to nie działa, nawet wasi eksperci nie są w stanie udokumentować, że jego obniżanie przynosi jakikolwiek efekt – mówił lider Partii Pracy Jonas Gahr Store podczas zeszłotygodniowej pierwszej debaty przedwyborczej z premier Erną Solberg. Liderka konserwatystów podczas niedawnego wywiadu telewizyjnego faktycznie nie była w stanie podać żadnego przykładu konkretnej firmy, która zwiększyła zatrudnienie w efekcie wprowadzanych przez rząd obniżek podatków. To nie znaczy jednak, że przedsiębiorcom jest to obojętne – według sondażu przeprowadzonego przez Norweską Konfederację Przedsiębiorców (NHO) wśród swoich członków ok. 90 proc. pytanych firm chciałoby zniesienia podatku od bogactwa, a prawie 60 proc. zwiększyłoby zatrudnienie w takim przypadku.

Twierdzenia Store o tym, że obniżki podatków nie wpłynęły na wzrost zatrudnienia, są o tyle nietrafione, że abstrahują od gospodarczych realiów. Odsetek zatrudnionych faktycznie w ciągu ostatnich czterech lat spadł – z 69 do 67 proc., ale kilka miesięcy po objęciu władzy przez Solberg cena ropy naftowej, będącej głównym bogactwem Norwegii, spadła prawie o połowę i od tej pory utrzymuje się na niskich poziomach. To mocno uderzyło w sektor naftowo-gazowy, w którym konieczne były zwolnienia. Aby zapobiec recesji, rząd obniżył podatki i zwiększył wydatki na inwestycje, sięgając po raz pierwszy w historii do środków zgromadzonych w państwowym funduszu majątkowym. To wszystko podziałało, bo udało się zminimalizować skutki kryzysu, a teraz gospodarka znów rośnie, zaś bezrobocie spada od ośmiu miesięcy z rzędu.

Na razie jednak do wyborców bardziej trafiają argumenty Partii Pracy. Według sondaży obecna koalicja oraz dwie wspierające ją partie (Solberg kieruje rządem mniejszościowym) może liczyć na 80 miejsc w 169-osobowym parlamencie, Partia Pracy i jej potencjalni koalicjanci – na co najmniej 87. Ale różnice w poparciu się zmniejszają i sytuacja może się jeszcze odwrócić. Wybory w Norwegii odbędą się 11 września.