Ali ma 24 lata, a jego żona Dunia 16 i zdążyła już urodzić dwójkę dzieci. Pobrali się dwa lata temu i w tym samym roku urodziło im się pierwsze dziecko – córka Rabia. Druga córka, Soren, przyszła na świat kilka miesięcy temu. Ali i Dunia pochodzą z wioski Rif Hims w syryjskiej prowincji Hims, do Libanu przybyli 5 lat temu. Przed ślubem się nie znali, a ich małżeństwo określane jest jako „tradycyjne”. Decydują o nim rodziny. W trakcie rozmowy siedzą osobno i nie widać między nimi żadnego uczucia.

Ali i Dunia mieszkają obecnie w pomieszczeniu gospodarczym na terenie cementowni w Bire w prowincji Akkar na północy Libanu. Za wynajem płacą 150 dolarów, mimo że dzielą łazienkę i kuchnię z drugą rodziną. Dwie trzecie tej kwoty pokrywa Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM) ze środków rządowego funduszu Polska Pomoc MSZ. Ali pracuje nieregularnie, a Dunia wcale, zajmując się dziećmi.

Ich życie wywróciła do góry nogami wojna domowa w Syrii. Dunia wspomina, że przed ucieczką chodziła do szkoły i chciała zostać policjantką, natomiast Ali po szkole średniej chciał iść na studia i zostać inżynierem. Teraz jedynym marzeniem Dunii jest to, by choć ich dzieci miały jakąś przyszłość, co do swojej nie ma już bowiem żadnych złudzeń. Ali jest nastawiony jeszcze bardziej pesymistycznie. "Nie ma dla nas żadnej przyszłości, dla naszych dzieci też nie" - mówi zdecydowanie i dodaje, że marzenia może mieć jedynie wtedy, gdy śpi.

Na pytanie, czy będą próbować dostać się do Europy, Ali odpowiada, że „nie kwalifikują się”, i precyzuje, że wyjechać mogą tylko bogaci, a tacy jak on i jego rodzina po prostu nie mają na to pieniędzy.

Pesymizm Alego co do przyszłości jego dzieci nie jest bezpodstawny. Śluby uchodźców zwykle nie są rejestrowane, zwłaszcza że według prawa libańskiego małżeństwo zawierane z osobą niepełnoletnią jest nielegalne. Ponadto każda rejestracja wiąże się z dużym kosztem. Oznacza to, że dzieci Alego i Dunii również nie są rejestrowane nigdzie poza Biurem Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców (UNHCR), nie mają żadnych dokumentów ani żadnego obywatelstwa. Pozbawione legalnego statusu nie będą mogły iść do szkoły, choć nawet gdyby go miały, byłoby to utrudnione, gdyż libańskie szkoły nie chcą przyjmować Syryjczyków.

Stopa przyrostu naturalnego w tym pokoleniu bezpaństwowców o mglistych perspektywach życiowych jest bardzo wysoka. Od marca 2011 roku do września 2014 roku UNHCR zarejestrował 37 tys. urodzeń, w końcu 2015 r. już 69 tys., a w maju 2017 r. rzecznik UNHCR Chaled Kabbara w wywiadzie dla libańskiego dziennika "Daily Star" mówił o 100 tysiącach. Tymczasem przyrost naturalny wśród Libańczyków jest bardzo niski i na jedną libańską kobietę przypada średnio 1,7 dziecka. To budzi niepokój Libańczyków. Obawiają się, że pozbawione perspektyw pokolenie uchodźców–bezpaństwowców może za kilka-kilkanaście lat doprowadzić w kraju do wybuchu konfliktu, gdyż nie będzie mieć nic do stracenia. Chyba że wcześniej powróci do Syrii, ale niewiele na to wskazuje.

Niektóre organizacje starają się przeciwdziałać tym zawieranym wcześnie małżeństwom i wysokiej dzietności wśród uchodźców. Należy do nich m.in. organizacja International Orthodox Christian Charities (IOCC), która prowadzi działania komplementarne wobec projektów PCPM, adresowane do tych samych uchodźców. Jest to jednak delikatna kwestia z uwagi na to, że IOCC to organizacja chrześcijańska, a uchodźcami są niemal wyłącznie muzułmanie.

Ali twierdzi, że nie chce mieć więcej dzieci. - W Syrii chodzilibyśmy do szkoły, tu nie mamy co robić. Dlatego rodzą się dzieci - dodaje.

Z Kubajat Witold Repetowicz (PAP)