Publikacja tekstu Johnsona była - jak podkreśliła redakcja gazety - zaskoczeniem dla premier Theresy May i jej najbliższego otoczenia.

W długim, liczącym ponad 4 tys. słów artykule szef brytyjskiej dyplomacji znacząco odbiegł od przyjętej pozycji negocjacyjnej rządu w kwestii przyszłych relacji z UE, a także zachowania okresów przejściowych bezpośrednio po Brexicie, i oskarżył zwolenników ostrożnego zarządzania procesem opuszczenia Wspólnoty o nadmierny pesymizm.

Nakreślając swoją wizję przyszłości, Johnson przekonuje, że Wielka Brytania nie powinna po wyjściu z UE wpłacać żadnych pieniędzy do wspólnego budżetu, a pozostanie we wspólnym rynku lub unii celnej "byłoby kpiną z referendum", w którym większość Brytyjczyków opowiedziała się za Brexitem. Jednocześnie podkreślił konieczność zakończenia jurysdykcji Trybunału Sprawiedliwości UE wobec Wielkiej Brytanii.

Nie wspomniał też o postulowanej przez brytyjski rząd konieczności wynegocjowania okresu przejściowego pomiędzy wyjściem z UE w marcu 2019 roku a wejściem w życie przyszłych ustaleń handlowych, a jednocześnie oskarżył unijną administrację i przepisy o negatywny wpływ na brytyjską gospodarkę. Jak argumentował, zamiast tego powinno się usunąć zbędne regulacje i obniżyć podatki.

Johnson powrócił także do kontrowersyjnej obietnicy złożonej podczas ubiegłorocznej kampanii referendalnej, kiedy zwolennicy opuszczenia UE obiecywali, że Wielka Brytania zaoszczędzi na członkostwie 350 mln funtów tygodniowo, które będzie mogła zainwestować w rozwój służby zdrowia. Wielu ekspertów, w tym ministerstwo finansów, zwracała uwagę, że realna tygodniowa składka Wielkiej Brytanii do unijnego budżetu wynosi mniej niż połowę tej kwoty.

Drodzy przyjaciele, muszę donieść, że niektórzy ludzie przygnębiająco nie doceniają tego kraju - rozpoczął swój tekst szef dyplomacji i były burmistrz Londynu, pisząc o tym, że "wyczuwa sceptycyzm, co do tego, czy będziemy mieli wytrzymałość, odwagę i wytrwałość, aby osiągnąć (sukces po Brexicie)".

Zdaniem Johnsona sceptycy "są w błędzie", a on sam uważa, że Wielka Brytania "przekuje nasze nowe przedsięwzięcie w sukces i to ogromny".

Te 17,4 mln ludzi (wyborcy, którzy zagłosowali za wyjściem z UE - PAP) to nie byli durnie, oni nie byli głupi. (...) Oni mieli rację, a nawet jeśli myślicie, że byli w błędzie to sądzę, że się zgodzimy, iż naszym obowiązkiem, jako demokratów, jest wypełnienie mandatu, który nam dali - argumentował.

Szef brytyjskiego MSZ napisał, że w celu lepszego zrozumienia tego, dlaczego Brytyjczycy chcieli wejść do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, poprzedniczki UE, trzeba się cofnąć do szoku związanego z kryzysem sueskim, upadkiem wiary w brytyjską administrację i "sposobu, w jaki postimperialna przyszłość była sprzedana ludziom w formie wspólnego rynku UE".

Z czasem przyszło olśnienie, że istniała także zupełnie inna agenda; próba nie tylko ekonomicznej, ale także politycznej integracji, o którą Brytyjczycy nigdy nie zabiegali. (...) Gdyby poproszono nas o zaprojektowanie Unii Europejskiej od nowa, na białej kartce papieru, nie przypominałaby w niczym tego ciała, które dzisiaj istnieje - tłumaczył Johnson.

Na każde pytanie i każdy kryzys - niezależnie czy dotyczący strefy euro czy imigracji - odpowiedź jest ta sama: więcej Europy! (...) Ten plan po prostu nie pasuje do Wielkiej Brytanii i powinniśmy byli to sobie szczerze powiedzieć lata temu. Spędziliśmy za dużo czasu próbując, często nieudanie, wywierać wpływ na spotkaniach w Brukseli, co konsumowało ogromną energię intelektualną brytyjskiego rządu i nie pomagało nam rozwiązać realnych wyzwań, z którym mierzy się kraj - przekonywał.

Publikacja tekstu w sobotnim wydaniu "Telegrapha" - wraz z poparciem jego tez przez redakcję gazety i publikacją na niemal całej pierwszej stronie, pomimo piątkowego zamachu w Londynie - wzbudziła na nowo spekulacje o tym, że Johnson przygotowuje się do rzucenia premier May wyzwania i walki o przywództwo w Partii Konserwatywnej oraz o pozycję szefa rządu.

Szef dyplomacji był jednym z faworytów do objęcia stanowiska po tym, jak po referendum z czerwca 2016 roku zrezygnował ówczesny premier, David Cameron. Ostatecznie jednak nie zdecydował się na kandydowanie w wyborach na nowego szefa torysów, ale media wciąż spekulują o jego politycznych ambicjach jako potencjalnego lidera obozu tzw. twardego Brexitu.

W czwartek dziennik "The Times" doniósł o narastających napięciach pomiędzy otoczeniem szefowej rządu a Johnsonem, który miał poczuć się odsunięty od negocjacji z UE. Doradcy premier mają się obawiać, że w konsekwencji będzie on próbował interweniować w dyskusji dotyczącej Brexitu, stawiając May w trudnej sytuacji przed zaplanowanym na piątek przemówieniem ramowym we Florencji, w środkowych Włoszech.

Wielka Brytania rozpoczęła proces wyjścia z UE 29 marca i powinna opuścić Wspólnotę do końca marca 2019 roku.