Karnawał przed poniedziałkowym głosowaniem zaczął się już dzień wcześniej. Na ulicach większych miast pojawili się ludzie w tradycyjnych strojach, kolejki przed niektórymi komisjami wyborczymi zaczęły formować się nad ranem. – Czekaliśmy na tę chwilę od stu lat – mówił w stołecznym Irbilu jeden z oczekujących. – Krew mojego męża nie została rozlana na darmo – zapewniała kobieta stojąca przed drzwiami innej komisji. – Od wielu dni nie sypialiśmy spokojnie. Baliśmy się, że w ostatniej chwili wszystko odwołają – dorzucała.

Tego chciały zapewne wszystkie zainteresowane rządy: w Bagdadzie, Ankarze, Teheranie i Damaszku. Ze wszystkich dochodzą gniewne pomruki i zapadają kolejne decyzje o obostrzeniach wobec irackiego Kurdystanu. – Kiedy głosowałem, ani przez sekundę nie myślałem o Turcji i Iranie oraz ich groźbach. Po prostu się nimi nie martwię – mówił reporterowi "The New York Times" 61-letni Raszid Ali, który jako jeden z pierwszych wszedł zagłosować w poniedziałkowy poranek.

Podobna atmosfera panowała także z dala od Irbilu. W Kirkuku – spornym mieście na rubieżach Kurdystanu, zlokalizowanym na bogatych złożach ropy – Kurdowie wyszli na ulice, śpiewając i tańcząc. Według relacji z wiosek na linii frontu we wschodniej części regionu, gdzie Kurdowie na wypadek ataku Państwa Islamskiego wciąż utrzymują oddziały peszmergów, kurdyjskich bojowników tworzących regionalną quasi-armię, żołnierze tworzyli długie kolejki przed prowizorycznymi komisjami wyborczymi. W sumie władze stworzyły 2065 punktów głosowania.

Według oficjalnych – i stosunkowo wiarygodnych – wyników głosowania z 5,2 mln uprawnionych do urn poszło około 73 proc.: prawie 3,3 mln osób. Dostały one od władz niewielkie kartki, na których było jedno pytanie: „Czy chcesz, aby Region Kurdystanu i kurdyjskie terytoria poza Regionem stały się niepodległym krajem?”. I olbrzymia większość odpowiedziała na nie twierdząco, najprawdopodobniej wynik nie został – przynajmniej w jakikolwiek znaczący sposób – "podkręcony".