Pochodzący z dobrej, mieszczańskiej rodziny Martin Selmayr zupełnie nie przypomina potwora, za którego jest uznawany w Brukseli. Jego ojciec Gerhard to znany prawnik i były sekretarz w urzędzie kanclerskim. Dziadek Josef był pierwszym powojennym szefem kontrwywiadu wojskowego RFN. Sam Martin może pochwalić się solidnym wykształceniem prawniczym – jest absolwentem uniwersytetów w Pasawie, Genewie oraz King’s College w Londynie. No i tym, że to on w rzeczywistości administruje Unią Europejską z ramienia Komisji Europejskiej. Formalnie jedynie jako szef gabinetu Jeana-Claude’a Junckera.

Analiza pracy Selmayra pozwala zrozumieć styl, w jakim Niemcy – a konkretnie kanclerz Angela Merkel – uprawiają politykę europejską. Metoda pozbawiona jest aktów strzelistych i najlepiej sprawdza się w zaciszu gabinetów. Tę politykę można by w zasadzie określić mianem selmayryzmu. To miks polityki miłości Donalda Tuska i uproszczonej wersji doktryny Roosevelta. Zakłada, że należy mówić łagodnie, lecz za plecami trzymać grubą pałkę. Do tego stale zapewniać o przywiązaniu do ducha prawdziwej Europy, wspólnotowości i harmonijnej współpracy. Tego typu politykę najskuteczniej uprawia się za pośrednictwem ludzi na nieeksponowanych stanowiskach. Działających poziomo w ramach instytucji, dzięki czemu mogą budować alternatywę dla nominalnej władzy. Taki człowiek pozwala skutecznie wykonać brudną robotę. Bez podejrzeń, że Berlin rozpycha się w Unii o przywództwo. W razie czego również z ograniczoną odpowiedzialnością za błędy.

W czwartej kadencji Merkel jej partnerem w reformowaniu lub zarządzaniu masą upadłościową UE – bo nie jest pewne, że kanclerz dokona realnych zmian – nie będzie prezydent Francji Emmanuel Macron, tylko fantom Junckera, szef jego gabinetu – Martin Selmayr. W relacjach Komisji Europejskiej z Polską podobnie. Na pierwszym planie widzimy gorący spór rządu Beaty Szydło z wiceszefem KE Fransem Timmermansem. Ostatnie słowo należy jednak do Junckera, a kalendarzem z zapisanymi w nim spotkaniami zarządza nie kto inny, jak Selmayr. Ten sam urzędnik odegrał również kluczową rolę w wypracowaniu mechanizmu, za pomocą którego negocjowany jest brexit. Berlinowi od początku chodziło o jak największe wyeksponowanie roli Komisji (biurokracji, na którą ma wpływ) i maksymalne zmarginalizowanie Rady (instytucji wspólnotowej z większym głosem państw członkowskich, które niekoniecznie muszą mieć z Niemcami wspólnotę interesów w rozmowach z Brytyjczykami). Podobnie jest ze sprawami niższej rangi. Gdy Berlin miał spór z Brukselą o plan wprowadzenia dla cudzoziemców opłat na niemieckich autostradach, za jego rozwiązanie odpowiadał szef gabinetu Junckera. Zakończył się on w „duchu wspólnotowym”. Czyli po myśli Berlina.