Sebastian Stodolak: Muszę powiedzieć, że to niecodziennie doświadczenie - wywiad z prezydentem państwa, które dopiero powstaje. Jak pan w ogóle wpadł na taki pomysł? Obudził się pan pewnego dnia i po prostu pomyślał: założę własne państwo?

Vít Jedlička: Przez lata zajmowałem się w Czechach działalnością edukacyjną, próbując przekonać moich współobywateli, że system ekonomiczny, w którym żyjemy, należy zmienić. W tym celu założyłem portal edukacyjny, a potem partię libertariańską. Próbowałem uświadomić rodaków, że należy ograniczyć rząd, regulacje, obniżyć podatki, co przełoży się na większy dobrobyt, gdyż ludzie przestaną zajmować się biurokracją, a pieniądze marnotrawione przez polityków będą inwestowane w produktywne projekty. Pokazywałem, że małe rządy – w Liechtensteinie, Hongkongu, Singapurze, Monako – się sprawdzają i że warto mieć taki w Czechach.

Ale to malutkie państwa.

Znacznie mniejsze od i tak małych Czech. I dlatego chciałem, żebyśmy stali się nie drugim Monako, lecz drugą Szwajcarią – w tym państwie widziałem inspirację dla mojego kraju. Niestety, ludzie nie kupili mojej wizji. Poparli duże państwo, wysokie podatki i subsydia z Unii Europejskiej. W efekcie mamy obecnie w Czechach rząd oligarchów w rodzaju pana Andreja Babisa (miliarder, minister finansów, lider partii ANO, która prowadzi w przedwyborczych sondażach; jego sylwetkę opisaliśmy w Magazynie z 4 sierpnia 2017 r. – red.). Doszedłem w końcu do wniosku, że nie ma sensu mówić ludziom: jesteście masochistami pozwalającymi wyzyskiwać się oligarchii. Nie tędy droga. Zamiast zmieniać istniejący system, trzeba stworzyć zupełnie nowy i pokazać, że działa. Czyli założyć nowe państwo.

Jak w praktyce zakłada się państwo?

Trzeba znaleźć terytorium, do którego nikt nie rości pretensji. Taką ziemię niczyją. Najpierw szukaliśmy w Afryce, ale Bogu dzięki okazało się, że pomiędzy Serbią a Chorwacją znajduje się niewielki kawałek ziemi, 7 km kw., którego nikt nie chce. Zajęliśmy go i stworzyliśmy tam własne państwo, które otoczone jest potencjalnie przyjaznym sąsiedztwem.

Temu sąsiedztwu, Chorwacji, udało się już pana nawet aresztować na dwie noce za przekroczenie granicy. Ładna mi przyjaźń.

Powiedziałem: potencjalnie. Zresztą ten areszt był przez nas sprowokowany. Jak pan zauważył, chorwacka policja aresztuje ludzi, którzy przekraczają granicę Liberlandu, a to jest materialnym dowodem na to, że władze w Zagrzebiu uznają nas za państwo. Serbia z kolei mówi wprost: to nie jest nasza ziemia, róbcie, co chcecie.