Temat migracji zostanie poruszony przez liderów państw Wspólnoty na szczycie Rady Europejskiej w czwartek. Przywódcy mają m.in. ocenić postępy na drodze do zahamowania nielegalnej migracji i pochylić się nad kwestią wspólnej unijnej polityki azylowej.

Zwłaszcza ten ostatni punkt będzie budził kontrowersje. Chodzi między innymi o to, aby zahamować zjawisko asylum shopping, czyli aplikowania przez uchodźców o azyl w kilku różnych krajach bądź wyboru kraju docelowego według jego atrakcyjności. Zwolennicy kreowania wspólnej polityki azylowej przekonują, że jeśli oferta poszczególnych państw członkowskich będzie zbliżona, zmniejszy to presję na te najbardziej hojne względem migrantów (to problem, z którym mierzyły się Szwecja i Niemcy).

Jeszcze bardziej problematyczna niż dotychczas będzie kwestia relokacji. Jest ona kluczowa z punktu widzenia równomiernego rozłożenia presji migracyjnej na całą Wspólnotę. Dotychczasowy mechanizm miał charakter tymczasowy i wygasł przed końcem września. Stąd potrzeba wypracowania bardziej trwałego rozwiązania.

Jednak dwa lata od wybuchu kryzysu migracyjnego debata o wspólnych rozwiązaniach w tym zakresie będzie odbywać się w cieniu sukcesów wyborczych ugrupowań skrajnie prawicowych i kwestionujących sens szerszego otwierania UE na przybyszów. Spowodowało to, że politycy głównego nurtu – chcąc powstrzymać odpływ wyborców – przejęli część antymigranckich haseł. W różnym stopniu ten proces widoczny jest w Holandii, Francji, Niemczech, a teraz Austrii – gdzie szef skrajnie prawicowej Wolnościowej Partii Austrii narzekał w trakcie kampanii wyborczej, że zwycięzca niedzielnych wyborów (konserwatywni ludowcy z Sebastianem Kurzem na czele) podkrada mu hasła.

A to jeszcze nie koniec zmian na europejskiej scenie politycznej. W niedzielę do urn pójdą Czesi i – jeśli wierzyć sondażom – postawią na Andreja Babiša, którego politykę migracyjną najlepiej oddaje wypowiedź z jednego z wywiadów: "Nikt nie będzie nam mówił, kto ma mieszkać w naszym kraju". W połowie przyszłego roku odbędą się również wybory we Włoszech, gdzie rządzący obecnie premier Paolo Gentiloni czuje na plecach oddech niechętnego migrantom Ruchu Pięciu Gwiazd. Presję na korektę polityki migracyjnej czują też politycy w Szwecji, gdzie w sondażach przed przyszłorocznymi wyborami doskonale radzą sobie Szwedzcy Demokraci.

Biorąc pod uwagę przesunięcia w oczekiwaniach elektoratu, najprawdopodobniej debata na forum unijnych liderów będzie wyglądała tak jak dotychczas – to znaczy skupi się na tamowaniu obecnych szlaków migracyjnych. Tym bardziej że dotychczasowe rozwiązania w tym zakresie przyniosły efekty. Zarówno umowa Unii z Turcją, jak i porozumienie między Włochami a Libią spowodowały zmniejszenie liczby ludzi docierających na Stary Kontynent. Włoski premier jest przekonany, że umowa migracyjna z Libią jest tym, co zapewni jego partii zwycięstwo nad Ruchem Pięciu Gwiazd.

Zwolennicy polityki drzwi otwartych krytykują te porozumienia, przekonując, że Europa de facto outsourcowała swoje granice. A proces ten może się tylko nasilić, jeśli większą popularność zdobędzie chociażby propozycja prezydenta Emmanuela Macrona, aby centra rejestracji migrantów utworzyć poza granicami Europy. Biorąc jednak pod uwagę klimat polityczny na Starym Kontynencie – a także fakt, że obydwa porozumienia poskutkowały ogromnym spadkiem liczby migrantów – jest mało prawdopodobne, żeby kierunek polegający na uszczelnianiu granicy zewnętrznej UE się zmienił.

Europejscy liderzy będą też z pewnością chcieli przyspieszenia działań związanych z odsyłaniem z Europy migrantów, którym odmówiono azylu. Przyjmuje się, że powolne tempo, w jakim niepożądane osoby są odsyłane do kraju swojego pochodzenia, jest jednym z elementów zachęcających ludzi do podjęcia trudu i ryzyka podróży na Stary Kontynent.

Debata na temat unijnej polityki migracyjnej dotyczy nie tylko sposobu ograniczenia liczby uchodźców, ale też zapewnienia im legalnych metod uzyskania prawa pobytu na terenie UE. Z tego względu liderzy powinni zająć się kwestią niebieskiej karty, czyli specjalnego pozwolenia, które kilka lat temu wprowadziła Unia, aby ułatwić wjazd na teren Wspólnoty osobom o wysokich kwalifikacjach. Mechanizm jednak uznawany jest za dysfunkcyjny chociażby z tego względu, że zmieniając kraj, w którym się pracuje, posiadacz karty musi ponownie wystąpić o jej wydanie.