W trzeciej klasie podstawówki mój kolega Marek opanował sztukę rysowania trzeciorzędowych cech płciowych żeńskich i nie omieszkał się tym pochwalić starannie dobranej grupie znajomych. Wzbudzona w ten sposób ogólna wesołość zaalarmowała nauczycielkę, która na wszelki wypadek od razu wpadła w furię i pognała w jego stronę. Widząc, że zaraz nowy talent stanie się powodem nieprzyjemnej wycieczki do dyrektora szkoły, Marek zwinął dzieło w kulkę i je połknął. Do dyrektora i tak go wysłano, dostał także pałę, ale gdyby w polskiej szkole obowiązywała wówczas zasada sprawiedliwego procesu, jego sprawę umorzono by z braku dowodów. Sekret zjedzony to sekret bezpieczny.

Dzisiaj strategia ochrony informacji wybrana przez kolegę Marka nie na wiele już się zdaje. Gdyby królowa angielska, szef Apple Tim Cook oraz Bono mogli skonsumować dokumenty dowodzące, że korzystali z rajów podatkowych, na pewno by to zrobili (lub raczej zleciliby konsumpcję; samodzielne żucie celulozy jest, jak sądzę, poniżej godności arystokracji). Gdyby Hillary Clinton mogła zawczasu spożyć e-maile, które wysłała z prywatnego serwera jako sekretarz stanu, zakasałaby rękawy i uzbroiła się w widelec – a dzięki tej uczcie byłaby dziś pewnie prezydentem USA. I gdyby zwykły Kowalski, który na rozmowie kwalifikacyjnej powiedział potencjalnemu zwierzchnikowi, że jest abstynentem, mógł zżuć swoją stronę na Facebooku, gdzie ów szef, jak się poniewczasie okazało znajomy znajomego, mógł obejrzeć imponującą kompilację zdjęć Kowalskiego z ostatnich imprez, bez zwłoki rozwarłby paszczę.

Ale nie mogą tego zrobić. Cyfrowa rewolucja rozjechała cichym walcem wiele pojęć istotnych dla relacji międzyludzkich, a jednym z tych, które ucierpiały najbardziej, jest pojęcie sekretu.

Jak się zmienił? Kiedyś był jak wkładanie informacji do metaforycznego sejfu; dziś sejfów już nie ma, a sekrety i niesekrety kłębią się razem w rozległym cyfrowym morzu, po którym żeglują stadami niezliczone łodzie potencjalnych widzów. Kiedyś modliliśmy się, żeby sejfu nie dało się otworzyć; dziś mamy nadzieję, że w ogólnym chaosie nikt naszego sekretu nie dojrzy, a on sam nie zapląta się w jakieś sieci. Co przynosi ta zmiana? Ma wiele skutków, w tym najważniejszy: kryzys tożsamości sekretu to tak naprawdę kryzys naszej tożsamości.

Ale zacznijmy od próby zrozumienia, czym sekret w ogóle jest.

Sekrety sekretu

Sekret ma wiele wspólnego z prywatnością, ale nie jest z nią tożsamy. Moja poranna wycieczka do piekarni sekretem na przykład nie jest, co nie oznacza, że chcę, by moje kroki ku bułkom śledził Google, a nade mną bzyczał wyposażony w kamerę dron – byłoby to bowiem naruszeniem mojej prywatności. Sekret zaś to wrażliwa informacja, w intencji przeznaczona wyłącznie dla wyznaczonego kręgu odbiorców (czasem to tylko jedna osoba, która sama swój sekret chroni) i której wypuszczenie poza ten krąg może mieć faktyczne konsekwencje. Sekret bywa również istotny jako transakcja moralna. Ktoś mi powierza sekret, a więc mi ufa. Powierzony mi sekret mam zobowiązanie chronić; jestem za intymność tej wrażliwej informacji odpowiedzialna. Nie jest to bynajmniej zobowiązanie absolutne – jeśli kolega w sekrecie mówi nam, że podłożył bombę w autobusie szkolnym albo orżnął państwo na kilka miliardów w podatkach, bez zwłoki powinniśmy dzwonić na policję – niemniej jednak sekret wywiera na nas jakąś moralną presję i domaga się dochowania staranności w próbach jego ochrony, proporcjonalnej do wrażliwości sekretu. I jeszcze jedno: prawdziwy sekret daje władzę; ten, kto wie więcej, zawsze będzie górą.