W ostatnich kilku dniach doszło do wydarzeń, które długofalowo mogą mieć większe znaczenie dla państwa niż protesty organizowane na ulicach Kijowa przez Micheila Saakaszwilego.

Najpierw SBU aresztowała detektywów NABU, którzy pod przykryciem prowadzili operację przeciw oskarżanemu o łapownictwo wiceszefowi urzędu ds. migracji. Równolegle przeszukała dwa lokale konspiracyjne kontrolowane przez NABU i 1 2 mieszkań pracowników biura. W niedzielę prokurator generalny Jurij Łucenko podał, że wielu detektywów pracuje nielegalnie, bo zostali przyjęci do służby nie w wyniku otwartego konkursu, ale na podstawie niejawnej procedury. Wczoraj dorzucił, że instytucja nielegalnie podsłuchiwała sędziów, posłów i urzędników. Wcześniej szefowi biura Artemowi Sytnykowi zarzucił ujawnienie tajemnicy państwowej. Efektem tego starcia między starymi a nowymi służbami jest paraliż rodzącego się w bólach systemu antykorupcyjnego.

Po upadku Wiktora Janukowycza i ujawnieniu skali złodziejstwa, którego się dopuścił, Stany Zjednoczone, MFW i Unia Europejska w zamian za udzielenie jakiejkolwiek pomocy finansowej zażądały od Kijowa powołania od zera instytucji do walki z korupcją, którą uznali za jedno z najważniejszych zagrożeń dla bezpieczeństwa Ukrainy. Narodowe Biuro Antykorupcyjne (NABU), Specjalna Prokuratura Antykorupcyjna (SAPO) i Narodowa Agencji ds. Zapobiegania Korupcji (NAZK) odpowiedzialna za weryfikację oświadczeń majątkowych osób publicznych miały być gwarancją powolnego oczyszczania państwa. Dopełnieniem systemu miał być – wolny od patologii toczących wymiar sprawiedliwości – specjalny sąd antykorupcyjny.

NABU, którym kieruje Sytnyk, wybijane są właśnie zęby. Najpierw w ustawie o biurze zapomniano dodać zapis, który upoważniłby je do zakładania podsłuchów (dziś monopol ma na nie SBU). W kolejnym kroku, zupełnie legalnie, opracowano mechanizm ujawniania operacji specjalnych. Jeśli w czasie prowokacji polegającej na kontrolowanym wręczeniu łapówki można bez żadnych konsekwencji aresztować detektywa biura, to nie są potrzebne żadne przecieki w stylu polskiej afery starachowickiej. Poza tym skoro procedura naboru oficerów do pracy pod przykryciem ma być jawna i przejrzysta – jak przekonywał Łucenko – trudno oczekiwać, by kiedykolwiek pracowali oni w charakterze tajnych agentów. Na to wszystko nakłada się skuteczne blokowanie przez prezydenta Petra Poroszenkę prac nad powołaniem sądu antykorupcyjnego. W połowie listopada kontrolowane przez niego ugrupowanie – Blok Petra Poroszenki we współpracy z Frontem Ludowym – zablokowało stosowną ustawę. Projekt poselski nie został przyjęty. I formalnie kolejnym krokiem w procesie legislacyjnym powinna być propozycja ustawy opracowanej przez głowę państwa. Nie jest to jednak możliwe, bo projekt nie został co prawda przyjęty, ale też nie został wycofany z parlamentu. Taki stan zawieszenia może trwać latami.

Wiosną 2016 r. szef NABU Artem Sytnyk w wywiadzie dla DGP mówił, że rozbije układ korupcyjny, ale potrzebuje czasu. Dziś wyraźnie widać, że był niepoprawnym optymistą. Na Ukrainie prędzej za kratki trafi Sytnyk i jego agenci niż poukładany z władzą oligarcha.