Jerry Chun Shing Lee ledwo zdążył wejść do terminalu przylotów lotniska im. Kennedy’ego w Nowym Jorku, gdy podeszli do niego „smutni panowie”, którzy zaprowadzili go do bocznego wyjścia. Jedyną wycieczką, którą Jerry - znany też jako Zhen Cheng Li - odbył tym razem po USA, był przejazd z aresztu do sądu, gdzie ten 53-letni Amerykanin chińskiego pochodzenia usłyszał zarzut „bezprawnego posługiwania się informacjami dotyczącymi bezpieczeństwa narodowego”.

Brzmi to znacznie mniej spektakularnie niż jest w rzeczywistości: w ostatnich latach amerykański wywiad w Państwie Środka poniósł wiele porażek. Od początku dekady chiński kontrwywiad dopadł ok. 20 szpiegów Waszyngtonu. Takiej klęski Centralna Agencja Wywiadowcza nie poniosła od dawna, można nawet mówić o jednej z największych wpadek epoki pozimnowojennej, współczesnej Zatoce Świń (nieudany desant ochotników na Kubę w 1961 r., mający na celu obalenie Fidela Castro).

CIA bezradnie patrzyła na dziesiątkowanie siatki wywiadowczej. Agencja podejrzewała, że może mieć "kreta" w swoich szeregach, ale nie była w stanie go namierzyć. Drugie potencjalne wytłumaczenie zakładało, że Chińczykom udaje się przechwytywać informacje przepływające tajnymi kanałami. Własne śledztwo w tej sprawie podjęło również FBI - rozbieżności w ocenie sytuacji i wskazywaniu winnych miały zresztą być przyczyną jednego z najpoważniejszych kryzysów w relacjach między Agencją a Biurem, choć obie instytucje trzymają karty przy orderach, gdy chodzi o konflikty między nimi. Wiadomo, wszystko zostaje w rodzinie.

Lee był tej rodziny członkiem: od 1994 r. do 2007 r. aresztowany w połowie stycznia mężczyzna był jednym z wysoko postawionych funkcjonariuszy Agencji. Poza tym polowanie na amerykańskich szpiegów za Wielkim Murem zaczęło się dopiero wtedy, gdy Jerry przeszedł na emeryturę i zaczął w Hongkongu pracować dla znanego domu aukcyjnego. To FBI pierwsze nabrało wobec niego podejrzeń: przez kilka lat po przejściu na emeryturę Lee krążył między Hongkongiem a Stanami Zjednoczonymi, w których została jego rodzina.

W 2012 r. agenci Biura wykorzystali moment, gdy jadąc do Chin, były szpieg zatrzymał się w Wirginii, a potem pojechał na krótkie wakacje na Hawaje. W jego pokojach hotelowych znaleziono dwie pozornie niewinne książki. Ale na marginesach stron Lee robił notatki - były to szczegółowe informacje na temat ludzi pracujących dla CIA w czasach, gdy i on był pracownikiem Agencji. Notki zawierały m.in. prawdziwe nazwiska amerykańskich szpiegów i ich numery telefonów.

Wkrótce Lee wylądował na przesłuchaniu w FBI, pierwszym z pięciu. Nie jest do końca jasne, czy zdołał udzielić wyjaśnień na tyle przekonujących, że pozwolono mu opuścić budynek, czy też agenci Biura chcieli tylko wybadać podejrzanego przed postawieniem mu poważniejszych zarzutów - dosyć, że odkąd w 2013 r. Lee wyjechał z USA, trzymał się z dala od ojczyzny. Aż do feralnej podróży z początku tego roku. Co podkusiło byłego agenta do podjęcia ryzyka? Tu nie ma jasności - być może FBI nie było kilka lat wcześniej na tyle jednoznaczne, by Lee uznał, że grozi mu coś poważniejszego. Może uznał, że akta śledztwa sprzed kilku lat kurzą się już w archiwum. Tego Amerykanie nie ujawniają. Za to ze skąpych informacji wynika, że są przekonani, że znaleźli "kreta", którego tak długo szukali.