W przeciwieństwie do swej poprzedniczki Beaty Szydło, (Morawiecki) zna się na gospodarce, włada świetnym angielskim, sprawia wrażenie uprzejmego światowca. Swój występ (na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa) mógł wykorzystać do przedstawienia nowej, mniej konfrontacyjnej polityki swego kraju. Okazję tę wykorzystał znakomicie, ale do tego, by sytuację znacząco pogorszyć - konstatuje "Frankfurter Allgemeine Zeitung".

Dziennik odrzuca tłumaczenia kancelarii polskiego premiera, według których Morawieckiemu nie chodziło o relatywizowanie Holokaustu. - Jaki inny zamiar mógł tkwić w przypisaniu Żydom współodpowiedzialności za Holokaust? Błędne i niegodziwe jest mówienie o niemieckich obozach koncentracyjnych jako o "polskich obozach śmierci". Jednak wypowiedź Morawieckiego po raz kolejny dowodzi, że w rzeczywistości chodzi o to, by nawet ofiarom zakazać mówienia o polskiej kolaboracji - dodaje "FAZ".

Zdaniem gazety "Morawiecki zapada się coraz głębiej w grzęzawisko ideologicznej polityki historycznej, która przedstawia Polaków jako ofiary międzynarodowego spisku". W łatwym do przejrzenia zamiarze podsycania nastrojów w kraju dla własnych korzyści politycznych (polski) premier wyrządza reputacji Polski na świecie niewyobrażalną szkodę - konkluduje "Frankfurter Allgemeine Zeitung".

"O co chodzi Morawieckiemu?" - zastanawia się z kolei w komentarzu "Die Welt". Gazeta przypomina, że "wśród Żydów zdarzali się donosiciele, Judenraty w gettach musiały tworzyć listy osób przeznaczonych do transportu do obozów zagłady, żydowska policja gettowa zaganiała wyznaczonych na śmierć ludzi do pociągów, żydowscy więźniowie musieli obsługiwać komory gazowe i krematoryjne piece".

Jednak wszyscy oni "byli ofiarami, mogli wybierać między śmiercią natychmiastową lub odłożoną w czasie. (...) Wszyscy Żydzi bez wyjątku mieli zginąć. To odróżnia ich od Polaków, Litwinów, Łotyszów, Estończyków, Ukraińców, Rosjan, Węgrów, Chorwatów, Bośniaków, Rumunów, Holendrów, Francuzów i innych, którzy mieli swój udział w mordowaniu Żydów. Ci zaś nie staliby się sprawcami, gdyby Niemcy nie napadły i nie ciemiężyły ich krajów. (...) Mówienie, że byli "nie tylko niemieccy sprawcy", jest równie poprawne w powierzchownym sensie, co w głębszym sensie relatywizujące" - podkreśla komentator "Die Welt".

Nawet jeśli polski rząd tłumaczy teraz, że Morawieckiemu nie chodziło o przypisywanie żydowskim ofiarom winy za nazistowskie ludobójstwo, to "po pierwsze powstaje pytanie, jak należałoby zrozumieć słowa o "żydowskich sprawcach", których (polski) premier nadal nie odwołał", a "po drugie, pozostaje kwestia ustawy, która umożliwia politykom, policji i sądownictwu ściganie badań nad polskim antysemityzmem za plamienie honoru narodu".

Obecny prawicowy rząd, deklarujący się jako antykomunistyczny, podobnie jak komuniści chętnie posługuje się antysemicką kartą - ocenia "Die Welt". Przypomina, że w listopadzie ub.r. skrajnie prawicowe organizacje w Warszawie skandowały antysemickie, nacjonalistyczne hasła, a "polskie MSZ odrzuciło protesty rządu Izraela, mówiąc o wielkim święcie Polaków, którzy mimo różnic zgadzają się co do wartości wolności i lojalności wobec niepodległego kraju". Rząd, który broni antysemickich demonstrantów przed krytyką Izraela, jednoznacznie pokazuje, gdzie stoi - ocenia "Die Welt".

W osobnym artykule gazeta ta zauważa, że "nieprzyjemna dla Warszawy" jest wypowiedź byłego przewodniczącego Knesetu i byłego ambasadora Izraela w Polsce, Szewacha Weissa, "ikony polsko-żydowskiego porozumienia", który ocenił, że "rząd Polski niweczy wszystko, co w ciągu 25 lat ogromnym wysiłkiem wielu ludzi udało się osiągnąć w relacjach między obu narodami".

"Die Welt" wskazuje również, że burza wywołana słowami Morawieckiego o "żydowskich sprawcach" kompletnie przysłoniła jego wystąpienie w Monachium, w którym apelował do Europy o większą gotowość do obrony.

Czy premier Morawiecki powinien przeprosić Izrael za słowa wypowiedziane w czasie konferencji w Monachium?