Opracowanie nazywa się „Powstrzymywanie emigracji dzięki pomocy zagranicznej: przegląd przykładów z krajów o niskich dochodach” i powstało w Centrum na rzecz Globalnego Rozwoju, waszyngtońskim think tanku. Autorzy badania postawili sobie za cel odpowiedź na proste pytanie: ile prawdy jest w tezie, że pomoc rozwojowa zmniejsza emigrację z danego kraju. Jak się okazuje, niewiele. Co więcej, emigracja z tego państwa często przybiera na sile wraz ze wzrostem jego zamożności.

Pokazujemy, że ludzie chętniej migrują, jeśli mają większe zasoby do dyspozycji. Ta zależność obowiązuje jednak tylko do pewnego poziomu: w krajach z PKB na głowę z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej na poziomie ok. 10 tys. dol. i więcej emigracja będzie malała – mówi Hannah Postel, doktorantka na Uniwersytecie Princeton, współautorka opracowania.

Grubszy portfel, silniejsza chęć wyjazdu

Aby sprawdzić związek emigracji z poziomem rozwoju gospodarczego, autorzy porównali dla ponad setki krajów dwie wartości – odsetek ludności na emigracji oraz produkt krajowy brutto na głowę. Aby prześledzić zmiany tych wskaźników w czasie, sprawdzili ich wartość w dwóch punktach – w 1960 i 2013 r. Interesowało ich zwłaszcza, jak będzie prezentował się odsetek ludności na emigracji dla krajów, które przez te pół wieku podciągnęły się gospodarczo.

„Dane wskazują, że emigracja wzrosła prawie we wszystkich krajach, które przez ten czas osiągnęły pułap średniego rozwoju. W 71 państwach, którym udało się osiągnąć ten poziom między 1960 a 2013 r., 67 odnotowało jednoczesny wzrost emigracji. Natomiast w przypadku krajów słabo rozwiniętych, które pozostały na tym poziomie, emigracja nie przybrała w wyraźny sposób na sile” – czytamy w raporcie. Przykładami krajów, w których zaszła powyższa zależność, są m.in. Meksyk, Ekwador, Turcja czy Filipiny.

W efekcie w 2013 r. państwa, w których PKB na głowę wynosił 5–10 tys. dol. (z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej), miały przeciętnie trzykrotnie wyższy odsetek ludności na emigracji niż kraje, gdzie PKB per capita oscylował wokół 2–3 tys. dol. Podstawowy wniosek jest więc taki: w przypadku biednych krajów poziom emigracji najpierw wzrasta wraz z poziomem rozwoju gospodarczego, aby po osiągnięciu pewnego poziomu zacząć spadać.

Oczywiście zależność ta nie obowiązuje zawsze i wszędzie. Na drodze do emigracji mogą bowiem stanąć bariery instytucjonalne, tj. zamknięte granice.

Pomoc a rozwój

Od powyższej zależności autorom raportu udało się zidentyfikować jeden wyjątek: bezrobocie wśród młodych. Jeśli jest wysokie, motywuje do wyjazdu niezależnie od poziomu rozwoju gospodarczego – przy czym w krajach bardziej zamożnych liczba wyjazdów jest większa niż w krajach biedniejszych (autorzy porównywali tylko kraje znajdujące się w dolnej połowie tabeli zamożności).

Jeśli wnioski z raportu potwierdziłyby dalsze badania, nie obyłoby się to bez konsekwencji dla dotychczasowej polityki zagranicznej. Jeśli prawdą jest, że rozwój gospodarczy tylko prowokuje do wyjazdów, to oznacza, że w najbliższych dekadach Europa nie ma co liczyć na zmniejszenie migracji. Wręcz przeciwnie – krajom, z których w ostatnich latach najwięcej osób chciało się przedostać na Stary Kontynent, jeszcze daleko do zidentyfikowanej w raporcie Centrum na rzecz Globalnego Rozwoju bariery PKB na głowę w wysokości 10 tys. dol.

Dla przykładu, Afganistan, który obok Syrii i Iraku był najważniejszym krajem, którego mieszkańcy chcieli się przedostać na Stary Kontynent w szczycie kryzysu migracyjnego, w 2016 r. (najświeższe dane, jakimi dysponuje Bank Światowy) miał ten wskaźnik na poziomie niecałych 2 tys. dol. Nigeria, która przez ostatnie lata była największym źródłem migracji na Czarnym Lądzie, miała wówczas niecałe 6 tys. dol. Wobec tego, nawet jeśli pomoc rozwojowa przekłada się automatycznie na wzrost gospodarczy (co również nie jest takie oczywiste), krajom tym zajmie dekady, zanim osiągną taki poziom dochodu, przy którym wśród mieszkańców gwałtownie hamuje chęć wyjazdu za chlebem.

Lekcja na przyszłość

Podstawową konsekwencją raportu dla polityki migracyjnej powinna być więc jej zmiana – którą zresztą postulują autorzy – z powstrzymywania na kształtowanie przepływów migracyjnych. Zatrzymać wędrówki ludzi prawdopodobnie się nie da, zwłaszcza biorąc pod uwagę prognozy demograficzne zakładające, że do 2050 r. ludność Afryki się podwoi.

Znaczy to tyle, że w połowie wieku na południe od Morza Śródziemnego będzie mieszkało ok. 2,5 mld ludzi, z czego znakomita większość nie będzie miała 30 lat. Biorąc pod uwagę, że emigrację najbardziej napędza bezrobocie wśród młodych oraz wejście do tego czasu (założywszy ciągły rozwój gospodarczy) wielu krajów w najbardziej sprzyjające wyjazdom widełki dochodowe. – Specjaliści od pomocy międzynarodowej z różnych krajów jeszcze nie przyswoili sobie tych faktów – mówił na łamach „Financial Times” Michael Clemens z Centrum na rzecz Globalnego Rozwoju, który także pracował przy raporcie. – Część pieniędzy trzeba będzie przekierować na sterowanie przepływami ludzi w taki sposób, aby obie strony odniosły jak największą korzyść – zamiast na udawanie, że można je zatrzymać – tłumaczył.

Co więcej, raport przeczy tezie, jakoby pomoc rozwojowa mogła faktycznie usunąć „główne przyczyny migracji”, czyli powody, dla których ludzie decydują się na wyjazd ze swoich rodzinnych stron za granicę. Problem polega na tym, że tak właśnie po kryzysie migracyjnym został zdefiniowany cel unijnej pomocy dla Afryki z takich instrumentów jak wart ponad 3 mld euro Nadzwyczajny Fundusz Powierniczy Unii Europejskiej dla Afryki czy Zewnętrzny Plan Inwestycyjny o wartości 44 mld euro. Nie trzeba daleko szukać, aby walkę „z głównymi przyczynami migracji” znaleźć w unijnych dokumentach; znajduje się ona chociażby w podsumowaniu listopadowego szczytu Unia Europejska – Unia Afrykańska, gdzie debatowano m.in. na ten temat.