Warszawa lubi powoływać się na doświadczenia Budapesztu i kroczyć szlakami wytyczonymi przez Viktora Orbána. Jednak zakaz handlu w niedziele, który w Polsce wszedł w życie, nie ma nic wspólnego z przepisami, z których po cichu Węgry się już wycofały. U nas był to projekt rządowy, nie obywatelski; u was zapisano w ustawie o wiele więcej wyjątków. Różni też je etymologia.

Zacznijmy od języka. Słowo vasárnap, niedziela, składa się z dwóch elementów: vásár to targ, a nap to dzień. A zatem w węgierskim niedziela to dzień targowy. Słowo wywodzi się jeszcze z czasów wczesnego średniowiecza – pierwszy król Węgier Święty Stefan, któremu mój kraj zawdzięcza chrystianizację, nakazał, by niedziela była dniem wolnym od pracy. Jednocześnie, by zachęcić poddanych do nowej wiary powiązał handel z uczestnictwem w obrzędach religijnych – kościoły zyskały monopol na organizację targów. Z kolei w języku polskim niedziela wywodzi się od konstrukcji, w której się nie działa. Jedyne, co łączy te słowa to fakt, iż pojawiają się w średniowieczu. Zatem kiedy Polacy nie działali, Węgrzy robili zakupy.

I tak będzie już od najbliższej niedzieli.

To wina chadecji

Inicjatywa zamykania sklepów w niedziele pojawiła się jesienią 2014 r., pół roku po drugim z rzędu zwycięstwie wyborczym koalicji Fideszu oraz ChrześcijańskoDemokratycznej Partii Ludowej (KDNP). Ale pierwszy raz chadecja proponowała ograniczenie już w 2007 r. – bezskutecznie. Wprowadzenia zakazu nie chciała lewicowo-liberalna koalicja Węgierskiej Partii Socjalistycznej i Związku Wolnych Demokratów. A po 2010 r. gospodarka borykała się z bardzo głębokim kryzysem, więc KDNP porzuciła na kilka lat ten pomysł. Ale w obu przypadkach argumentacja była ta sama – państwo powinno dbać o to, by rodzice mogli spędzać więcej czasu z dziećmi. A przy okazji ograniczenie pracy centrów handlowych, będących własnością zagranicznego kapitału, miało ułatwić życie rodzimym przedsiębiorcom.

Wprowadzenie zakazu rękami KDNP było dla Fideszu niezwykle wygodne. Bo kiedy się z niego wycofywano w kwietniu 2016 r., szef kancelarii premiera Viktora Orbána tłumaczył, że rząd robi to, bo nie udało się przekonać rodzin do wspólnego spędzania niedziel. Zapewniał jednak, że jego partia nie ustanie w wysiłkach, by je do tego przekonać (do dziś nie podjęto w tym kierunku żadnych prac, więc nie wiadomo, w jaki sposób to przekonywanie miałoby wyglądać). A sam Orbán podkreślał, że zakaz nie został wprowadzony z inicjatywy Fideszu, tylko koalicjanta, a opozycję oskarżył o atak na wartości rodzinne. Przy tym podkreślał, że nie brał udziału w głosowaniu w grudniu 2014 r., kiedy uchwalano ustawę.

Zamykanie sklepów w praktyce

Niedziela 15 marca 2015 r. była wolna od handlu – tak na mocy nowej ustawy, jak i tego powodu, że w tym dniu obchodzone jest na Węgrzech święto narodowe, w którym czci się wybuch węgierskiego powstania z 1848 r. W ustawie zawarto 15 wyjątków. Nie dotyczyła m.in. sklepów, których powierzchnia nie przekraczała łącznie 200 mkw., a także przypadków, w których pracę podejmował właściciel (posiadający co najmniej 20 proc. udziałów w sklepie). Ustawodawca dopuścił też handel w niedziele w okresie adwentu (w godzinach 6–22), a także 24 grudnia i 31 grudnia w godzinach 6–12. Ponadto każdego roku kalendarzowego sklep mógł być otwarty w jedną dodatkową niedzielę w godzinach 6–22.

Zakaz handlu nie dotyczył również Narodowych Sklepów Tytoniowych. To od 1 lipca 2013 r. jedyne miejsca na Węgrzech, w których palacze mogą kupić papierosy (na ich prowadzenie rozpisywano przetargi, które w większości przypadków wygrywały osoby powiązane z Fideszem). Sklepy są tak urządzone, by dzieci nie mogły do nich zaglądać. Oferują wyroby tytoniowe, czasem napoje alkoholowe, coś słodkiego, prasę. W czasie obowiązywania zakazu handlu można było tutaj także nabyć pieczywo. Drugim podmiotem, który miał skorzystać na nowym ustawodawstwie, była węgierska sieć sklepów CBA, których działalność oparta jest na franczyzie, a zatem dawała możliwość prowadzenia handlu (licencję nabywały małe sklepy).

Obszerny rozdział ustawy poświęcony był konsekwencjom jej łamania. Ich egzekwowaniem zajmował się Urząd Ochrony Konsumentów, który mógł nałożyć kary czasowego zakazu prowadzenia działalności handlowej nawet na 365 dni.

Zakaz handlu niejako na siłę

Od początku zakaz nie podobał się Węgrom. A każdy kolejny sondaż pokazywał, że przeciwników prawa jest coraz więcej – było ich nawet powyżej 70 proc., a wśród wyborców Fideszu – ponad dwie trzecie. To niezadowolenie zostało dostrzeżone przez partie opozycyjne i przekute w działanie polityczne – padło żądanie przeprowadzenia referendum. Zgodnie z węgierską konstytucją, jeżeli pod taką inicjatywą podpisze się 200 tys. osób, to Zgromadzenia Narodowe rozpisuje plebiscyt.

Na przestrzeni kolejnych miesięcy podejmowano podobnych inicjatyw kilkadziesiąt (po raz pierwszy już w kwietniu 2015 r)., ale wszystkie były nieskuteczne: albo nie spełniały wymogów formalnych, albo nie zebrano wystarczającej liczby podpisów. W końcu, w lutym 2016 r., po niecałym roku obowiązywania nowego prawa, Narodowa Komisja Wyborcza uznała, że zainicjowana przez socjalistów procedura zgłoszenia inicjatywy referendalnej odbyła się zgodnie z literą prawa: pytanie uznano za zasadne, stwierdzono właściwą liczbę podpisów, co zostało potwierdzone przez Sąd Najwyższy uchwałą z 6 kwietnia 2016 r.

Stan gry na początku kwietnia był zatem taki, że organizacja referendum była jedynie formalnością, a jego wynik przesądzony. Według sondaży do urn ruszyłaby ponad połowa uprawnionych, którzy twierdząco zagłosowaliby na pytanie: "Czy zgadza się Pan/Pani, że Zgromadzenie Narodowe powinno unieważnić ustawę CII z 2014 r., dotyczącą zakazu pracy w sektorze handlu detalicznego w niedziele?".

W tym momencie nastąpiło gwałtowne rządowe przyśpieszenie. Referendum oznaczało porażkę wizerunkową niepokonanej dotychczas koalicji. Ekspresowo przedłożono projekt ustawy o ponownym dopuszczeniu handlu detalicznego w niedziele. Prawo opublikowano w "Dzienniku Ustaw" 15 kwietnia, dziewięć dni po decyzji Sądu Najwyższego w sprawie referendum. W uchwalonej naprędce ustawie zapisano, iż wchodzi ona w życie następnego dnia po ogłoszeniu, a zatem pierwszą niedzielą, kiedy formalnie zakaz nie obowiązywał, był dzień 17 kwietnia.

W ten sposób sztandarowy projekt rządu Orbána przestał obowiązywać. Koalicja zminimalizowała straty, temat zniknął z przestrzeni publicznej, socjaliści potrafili grać kartą referendalną bardzo krótko, ale za to dogonili w sondażach skrajnie prawicowy Jobbik.

Skutki 13 miesięcy

To najciekawsza część opowieści o obowiązującej 397 dni ustawie: jakie efekty przyniosła? Na zakazie z pewnością zyskały kawiarenki i bary szybkiej obsługi, które szybko wprowadziły rabaty na niedzielne śniadania. To anegdotka, bo jednoznaczna odpowiedź na pytanie o to, czy prawo było dobre, czy złe, nie jest możliwa. Rządowe opracowanie zawiera dane, które w zależności od tego, czy jesteśmy zwolennikami handlu w niedziele, czy też przeciwnikami, mogą ją nobilitować bądź deprecjonować.

W raporcie czytamy, że obroty w sektorze detalicznym w całym roku wzrosły o 5,6 proc. – autorzy powołują się na dane Centralnego Urzędu Statystycznego (CUS). Sięgając bezpośrednio do danych CUS, dostrzec można następujące zjawiska: wskaźnik sprzedaży "różnych produktów żywnościowych" zarówno w kwietniu 2015 r., jak i styczniu 2016 r. nieznacznie spadł, odpowiednio o 0,2 proc. i o 1,3 proc. Sprzedaż wyrobów przemysłowych po początkowym wzroście spadła w styczniu i lutym 2016 r. w ujęciu rok do roku odpowiednio o 4,8 proc. i 8 proc. Jeszcze gorzej było w dwóch innych kategoriach: książki, prasa i papier oraz w sektorze motoryzacyjnym (produkcji samochodów oraz części zamiennych). Ale nie sposób wykazać zależności między wzrostem sprzedaży detalicznej w danej kategorii a ustawodawstwem. Na wskaźniki te wpływać może koniunktura czy inne zmienne, bo kryzys w branży motoryzacyjnej zaczął się na Węgrzech w październiku 2014 r.

Przypomnijmy, że ustawa o handlu dotyczyła sklepów o powierzchni ponad 200 mkw. Można byłoby zatem spodziewać się powstawania mniejszych placówek, ale nic takiego nie zanotowano. Mało tego – liczba sklepików spadła o ponad 13 proc. Liczba centrów handlowych oraz hipermarketów nie uległa zmniejszeniu. Co się zaś tyczy zatrudnienia w sektorze handlu detalicznego, to notowano nawet wzrost.

W ministerialnym raporcie zawarto także informację dotyczącą sytuacji czterech sieci hipermarketów: Tesco, Auchan, CBA (kapitał rodzimy) i Spar. Opracowano je na podstawie komunikatów prasowych. Sieć Tesco dostrzegła, że choć znacząco spadła częstotliwość zakupów, to klienci wydawali więcej. Szczyt handlu przypadał na sobotę bądź poniedziałek. Trwająca w Tesco reorganizacja, której efektem były zwolnienia, nie była powiązana z ustawą o wolnych niedzielach (składały się na nią czynniki wewnątrzwęgierskie, jak utrudnienia podatkowe, oraz ogólna polityka brytyjskiej firmy). Sieć Auchan informowała, że zwolnienia nie były konieczne, chociaż trzeba było dokonać restrukturyzacji stanowisk. Sieć CBA, która miała najbardziej zyskać na zmianach, nie zwalniała pracowników, lecz poszukiwała nowych. Spar także nie odnotował zwolnień. Wskazywał przy tym na wzrost aktywności konsumenckiej w piątki, soboty i poniedziałki. Sieć notowała 3-proc. wzrost dochodów w 2015 r., a także skarżyła się na braki w zatrudnieniu.

Zakaz handlu w niedziele był jedną z największych porażek rządu – i taką w świadomości Węgrów pozostał. Koalicja nie odczuła jednak politycznych konsekwencji swoich działań. Gdyby nie konstytucja, która umożliwia obywatelom domagania się referendum, nie ma wątpliwości, że zakaz handlu w niedziele wciąż by obowiązywał. Nie sprawdziły się czarne przepowiednie związane z konsekwencjami jego wprowadzenia, ale również te, które zakładały gwałtowny przyrost obrotów małych sklepów. Węgrzy przyzwyczaili się po prostu do zakupów w inne dni tygodnia, mając jednocześnie na względzie, że wszelkie znaki na niebie i ziemi świadczą o tym, iż już niebawem ponownie ruszą na niedzielne zakupy, a kiedy już to nastąpiło, na wszystkich sklepach zamieniono szyldy na "otwarte także w niedzielę".