Powiedziałbym mu (płk. Skripalowi – red.), że jest mi bardzo przykro, że uczestniczyłem w rozwoju tej broni – oświadczył Wił Mirzajanow, człowiek, który był świadkiem narodzin nowiczoka, w rozmowie z amerykańskim portalem The Daily Beast. Dla byłego oficera sowieckiego wywiadu wojskowego GRU Siergieja Skripala żal wyrażony przez kolegę z tajnych służb ZSRR nie ma większego znaczenia. Podobnie dla jego córki, otrutej wraz z ojcem substancją, której istnienie jeszcze dwa tygodnie temu kłopotało jedynie wyspecjalizowane służby zajmujące się bronią chemiczną.

Dziś nowiczok jest już gwiazdą mediów, choć nadal nic bliższego o nim nie wiadomo. Wedle dość ogólnych stwierdzeń należy do grupy sowieckich broni chemicznych czwartej generacji i wywołuje u ofiary paraliż połączony z drgawkami, prowadzący do śmierci. Pracę nad nim rozpoczęto w latach 70., zaś jej ostateczne rezultaty do dziś są nieznane opinii publicznej. Głównym źródłem wiedzy pozostaje bowiem Mirzajanow. Wprawdzie pracował on w Państwowym Instytucie Badawczym Chemii Organicznej i Technologii (w skrócie GosNIIOKhT) oraz jest z wykształcenia chemikiem, lecz pełnił tam funkcję szefa komórki kontrwywiadowczej. Zabezpieczał więc tajne laboratoria przed infiltracją ze strony obcych wywiadów oraz monitorował, czy podczas prób niebezpieczne substancje nie wydostają się na zewnątrz. Natomiast nie zajmował się udoskonalaniem broni chemicznej.

Na początku lat 90. Mirzajanow dołączył do grupy dysydentów, chcących ostrzec świat przed środkami masowego rażenia tak toksycznymi, iż zdolnymi przenikać przez specjalistyczne kombinezony i standardowe maski przeciwgazowe. Dla zabicia człowieka wystarczy ponoć zetknięcie z niecałymi 30 mikrogramami nowiczoka. Opublikowanie o tym tekstu na łamach „Moskowskich Nowosti” sprawiło, że Mirzajanow wraz ze współautorem Lwem Fedorowem w październiku 1992 r. został aresztowany. Żaden proces się jednak nie odbył, a co więcej, chemik otrzymał zgodę na wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Dziś wiedzie spokojne życie naukowca na stanowej uczelni Rutgers University w New Jersey. Swoją wiedzą podzielił się ze światem w 2008 r., wydając autobiografię pt. „State Secrets: An Insider’s Chronicle of the Russian Chemical”. Ujawnił w niej, iż laboratoria podległe GosNIIOKhT opracowały kilka rodzajów nowiczoków, różniących się właściwościami i stopniem toksyczności. Ich produkcja na potrzeby wojska ruszyła pod koniec lat 80. „W tym czasie byliśmy przekonani, że rozwijamy nowe bronie i testujemy je dla ochrony kraju i jego obrony” – wyjaśniał Wił Mirzajanow, nie ukrywając zdziwienia. „Żaden z naukowców nie przypuszczał, że substancja zostanie użyta w celach terrorystycznych. To było przedsięwzięcie militarne. To była broń masowej zagłady” – uzupełniał. Podobne zdziwienie z trudem ukrywają zachodnie służby specjalne. Do próby likwidacji drugorzędnego, emerytowanego szpiega, jakim był płk Skripal, sięgnięto po coś, co zasługuje na miano chemicznej bomby atomowej.

Czekan to przeżytek

W ciągu pierwszych dekad działalności sowieckich służb specjalnych trudno było mówić o ich finezji. Osoby uznane za niewygodne dla Kremla likwidowano za granicami ZSRR w stylu sycylijskiej mafii. Przywódcę ukraińskich nacjonalistów płk. Jewhena Konowalca w maju 1938 r. zabił w rotterdamskiej kawiarni wybuch bomby ukrytej w bombonierce z czekoladkami. Podarował mu ją agent GRU Norbet Waluch. Lew Trocki skończył z czekanem wbitym w głowę przez pracującego dla NKWD hiszpańskiego komunistę Ramóna Mercadera. Mniej znani wrogowie Stalina, którzy zdążyli zbiec na Zachód, zwykle ginęli od kul, co prezentowało się mniej efektownie od czekanu, lecz było równie skuteczne.