Przesłuchanie było bowiem w przeważającej części zwykłą farsą. Informacje o 87 mln ludzi półlegalnie wyciekły do zewnętrznej firmy, która użyła ich w kampanii prezydenckiej. Prawdopodobnie takich wycieków było o wiele więcej. Rosyjskie trolle i fake newsy zaludniają media społecznościowe. Wolna prasa staje się zakładnikiem monopolisty z Menlo Park, a senatorowie nie potrafią skutecznie przycisnąć prezesa winnej tego wszystkiego firmy.

Najpierw ogólnie o wtorkowym przesłuchaniu. Było urywane – senatorowie mieli jedynie po pięć minut na pytania, więc nawet gdy komuś udało się zapytać o coś sensownie, trzeba było się zadowolić ogólnikową i śliską odpowiedzią, bo nie było czasu na pociągnięcie CEO firmy za język. Momentami było żałosne, jak wtedy, gdy jeden z senatorów domagał się odpowiedzi na pytanie, co się dzieje, kiedy on "wysyła e-maila przez WhatsApp" – niby wiadomo, o co chodzi, ale człowiek by się czuł pewniej, gdyby losy szkodliwych monopoli technologicznych były w rękach osób, które wiedzą, że wiadomości w WhatsApp to nie do końca e-maile. Szczegół, ale było ich więcej; zbyt dużo, żeby spać spokojnie.

Zuckerberg za to wypadł nieźle. Nic dziwnego, bo po pierwsze, odpowiedzi podobno przygotowywała z nim firma prawnicza WilmerHale, na czele z Reginaldem J. Brownem, byłym doradcą młodszego prezydenta Busha. Po drugie, firmowy dział komunikacji miał go namiętnie szkolić w wyglądaniu mniej jak odziany w kaptur woskowy android zaprogramowany przez bandę aroganckich wyrostków, a bardziej jak CEO dużej firmy, człek czarujący, acz stanowczy. Projekt udał się, choć jedynie w połowie, i Zuck nadal wyglądał jak android (jeden mem po przesłuchaniu pokazywał sztywnego CEO popijającego na przesłuchaniu ze szklanki z podpisem "Pij wodę. Ludzie piją wodę"), ale wersja zaawansowana, w garniturze i momentami przekonująco symulująca respekt. Po trzecie, w odpowiedziach trzymał się ustalonego scenariusza jak pijany płotu i nic nie było w stanie go odeń oderwać. Jakiś sprytny fotograf zdołał zrobić zdjęcie notatkom z folderu Zucka, gdzie po powiększeniu można przeczytać algorytmy, wedle których robot Zuck generował odpowiedzi. Przykład: Obrona Facebooka. Gdy zaatakowany [mów]: "Z całym szacunkiem, nie zgadzam się. My tacy nie jesteśmy". W kwestii pod tytułem "Bezpieczeństwo danych" Zuck miał powtarzać na przykład: "Używam Facebooka każdego dnia, moja rodzina także, inwestujemy w zabezpieczenia”. W kategorii „Bulwersujące treści” mógł wybrać odpowiedź „To bulwersujące. Smutne, że widzimy takie rzeczy na Facebooku". A jeślibym wychylała pięćdziesiątkę za każdym razem, gdy Mark mówił "Zakładałem Facebooka, mieszkając w akademiku", poszłyby w górę akcje Polmosu – ale ponieważ tego nie czyniłam, z dołka powoli wygrzebywały się akcje serwisu Zuckerberga. Najwyraźniej nieudolność senatorów utwierdzała akcjonariuszy w przekonaniu, że portal będzie żyć długo i szczęśliwie.

Jak już wspomniałam, przesłuchującym zdarzały się gafy technologiczne. Jeden z nich na przykład utrzymywał, że biznesowym modelem Facebooka jest sprzedaż danych reklamodawcom – nie jest to prawdą, bo serwis wykorzystuje te dane wewnętrznie, żeby sprzedać lepsze umieszczanie reklam. Na niejasne sposoby udostępnia jednak dane innym podmiotom, i to jest właśnie problem. Inni zadawali pierwsze pytanie bardzo celnie, najwyraźniej sensownie zbriefowani przez asystentów, ale gubili się w dalszej rozmowie. Deb Fisher z Nebraski miała na przykład zapytać o to, wedle ilu kategorii algorytm Facebooka klasyfikuje użytkowników – co jest ogromnie ważne, bo pokazuje, z jaką dokładnością można odnaleźć grupę wyjątkowo podatną na daną informację. Wyraziła się jednak niejasno, Mark udał konfuzję i Fisher nie miała już zielonego pojęcia, jak go dopytać.