Nie. Islam nie jest częścią Niemiec. Niemcy zostały ukształtowane przez chrześcijaństwo – mówił niedawno w wywiadzie dla gazety "Bild" lider CSU Horst Seehofer. By zrozumieć kontekst tej wypowiedzi, trzeba pamiętać, że to minister spraw wewnętrznych republiki federalnej i lider jednej z trzech koalicyjnych partii tworzącej rząd w Niemczech. I że według różnych szacunków (m.in. niemieckiego ministerstwa migracji czy amerykańskiego Pew Research Center) za Odrą żyje od 4,4 do 5 mln wyznawców Allaha. Polityk dodał również, że choć islam nie, to jednak muzułmanie żyjący między Renem i Odrą są częścią Niemiec.

Na te słowa szybko zareagowała Angela Merkel, która jasno przeciwstawiła się swojemu koalicjantowi i dobitnie stwierdziła, że tak jak muzułmanie, tak islam jest obecnie częścią Niemiec. I choć ta wypowiedź odbiła się pewnym krótkotrwałym spadkiem poparcia politycznego jej partii CDU w sondażach, to kanclerz zdania nie zmieniła. Z kolei wczoraj - tworzony przez CSU - rząd Bawarii ogłosił, że od 1 czerwca w każdym urzędzie tego kraju związkowego w pobliżu wejścia ma wisieć krzyż jako „symbol kulturowej tożsamości” wyrosłej na chrześcijaństwie.

Sprzeczka politycznych partnerów to tylko czubek góry lodowej, jaką jest niemiecka próba ułożenia sobie stosunków z mniejszością, która w ostatnich latach wraz z kryzysem migracyjnym poważnie się rozrosła (1,5 mln w latach 2014–2017, choć oczywiście nie wszyscy to muzułmanie). Jak podał "Tagesspiegel", pod koniec I kwartału liczba salafitów, czyli radykalnych muzułmanów, osiągnęła poziom ponad 11 tys. Jeszcze w 2013 r. Bundesamt für Verfassungsschutz (BfV), odpowiednik polskiej Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, informował, że takich ludzi jest 5,5 tys., zatem w ciągu zaledwie pięciu lat ta liczba się podwoiła. I choć teraz nie przyrasta już tak szybko, to nic nie wskazuje na to, by w najbliższych latach miała zacząć spadać. Na przykład w samym Hamburgu ich liczbę ocenia się na prawie 800, z czego ponad połowa jest klasyfikowana jako "dżihadyści". Czyli ludzie skłonni do używania przemocy. O tym, że jest to poważny problem, świadczy zamach świąteczny w Berlinie w 2016 r. i sposób, w jaki prowadzono dochodzenie po nim. Pod koniec ubiegłego roku niemiecki rząd przyznał, że popełniono w jego trakcie poważne błędy (zamachowca zastrzelono we Włoszech cztery dni po ataku). Niemieckie państwo dopiero uczy się zarządzać takimi sytuacjami.

O ile ataki terrorystyczne zdarzają się w Niemczech bardzo rzadko, o tyle codziennym problemem jest kwestia symboliki. Na przykład noszenia chust zakrywających m.in. włosy (hidżabów) w miejscach publicznych. Ta debata toczy się od lat. W lutym tego roku bawarski parlament wprowadził prawo przewidujące, że od 1 kwietnia w tym kraju związkowym kobiety, które sądzą, prokuratorki i referentki nie mogą nosić nakryć głowy. Uzasadnienie? To może podważyć zaufanie do niezależnego państwa prawa. Z kolei w marcu bawarski sąd orzekł, że studentka, która w 2014 r. domagała się zgody na noszenie hidżabu podczas praktyk w wymiarze sprawiedliwości - nie ma do tego prawa. Choć w Niemczech nie ma jednego ogólnego przepisu, które by zabraniał pracy w chuście, orzecznictwo wskazuje, że w firmach, w których zabronione jest eksponowanie symboli światopoglądowych, kobiety w takim nakryciu głowy nie mogą pracować.

Także w lutym przedstawiciele prawicowej Alternatywy dla Niemiec zaproponowali zakaz chodzenia w całkowitym zakryciu (także twarzy) w miejscach publicznych. Chodziło m.in. o używanie burek. Co ciekawe, argumentowali to troską o wolność osobistą muzułmańskich kobiet. Obecnie nie ma jednak szans na zdobycie poparcia większości parlamentarnej w Berlinie do przegłosowania takiego zakazu. Mimo tego że popiera go część feministek.

W nieco inną stronę poszła debata w sąsiedniej Austrii, gdzie kanclerz Sebastian Kurz zapowiada wprowadzenie zakazu noszenia chust przez dzieci w przedszkolach i szkołach podstawowych. I to mimo tego, że nie ma danych, jak wielu osób to zjawisko dotyczy. W każdym razie według słów polityka ten zakaz ma przeciwdziałać tworzeniu społecznych enklaw.

Jeszcze innym problemem, który pośrednio wiąże się z mniejszością muzułmańską w Niemczech, jest... wojna turecko-kurdyjska. W RFN te społeczności są liczne. W wyniku styczniowej ofensywy tureckiej armii na miasto Afrin doszło do protestów Kurdów. Zwiększyła się również liczba ataków na miejsca kojarzone z Turcją. O ile w ubiegłym roku było ich zaledwie 13, to - jak podaje Deutsche Welle - w 2018 r. było ich już prawie 40. Niemieckie służby uważają, że Kurdowie mogą się sprzymierzać z radykalną lewicą, co było już widoczne w trakcie ubiegłorocznych zamieszek podczas szczytu G20 w Hamburgu.