- Szczyt UE po raz kolejny łamie unijne procedury i formalne procesy decyzyjne. Sytuacja musi być szczególna, tym bardziej, że niedługo ma odbyć się zwołana formalnie Rada Europejska poświęcona imigracji. Procedurę nadzwyczajną stosuje się, kiedy grupa państw chce wymusić na pozostałych decyzję podporządkowaną swoim wąskim interesom - podkreślił Krzysztof Szczerski w niedzielnym wywiadzie dla portalu wPolityce.pl.

Jego zdaniem, "szczyt ma służyć wytworzeniu momentu politycznego nacisku zanim zasiądzie się do formalnych rozmów". - Jest robiony po to, żeby dynamice decyzyjnej narzucić swój punkt widzenia - zauważył szef gabinetu prezydenta.

Zwrócił też uwagę, że szczyt odbywa się w momencie szczególnej sytuacji politycznej w Niemczech, "gdzie doszło do bardzo poważnego pęknięcia w partii rządzącej na tle imigracji". - Szczyt ma dać paliwo wewnętrzne Angeli Merkel, żeby mogła utrzymać swój rząd i zachować koalicję rządzącą w Niemczech - powiedział Szczerski.

Jego zdaniem, "szczyt jest organizowany z punktu widzenia partykularnego interesu Niemiec". - Pani kanclerz chce go wykorzystać do wewnętrznej rozgrywki politycznej - podkreślił. Jak dodał, także prezydent Francji Emmanuel Macron chce wykorzystać szczyt, "żeby po raz kolejny napiętnować kraje, które myślą inaczej niż on".

- Każdy z inicjatorów szczytu chce wyciągnąć z niego partykularne korzyści dla siebie. Nie będą to jednak wspólne korzyści dla Europy - ocenił szef gabinetu prezydenta.

Szczerski zapewnił, że "stanowisko Polski jest konsekwentne". - Jest takie, jakiego chcą Polacy. Polska wypełnia wszystkie swoje obowiązki związane z polityką imigracyjną - zadeklarował.

Szczerski zauważył, że Polska tak samo jak kraje południa Europy jest państwem granicznym Unii, ma 1200 kilometrów zewnętrznej granicy UE.

- Polska jest odpowiedzialna za tę granicę i realizujemy jej ochronę. Nie domagamy się dodatkowych środków na ochronę granicy. Nie wymuszamy dodatkowych koncesji na naszą rzecz, ale uczciwie wypełniamy swój obowiązek na rzecz całej Unii. Pragniemy, aby wszystkie kraje tak jak Polska wywiązywały się ze swoich obowiązków. Jeżeli są kraje, które nie radzą sobie ze zwiększoną presją imigracyjną na ich granice jesteśmy gotowe je wspierać w tych działaniach - dodał prezydencki minister.

Przypomniał, że Polska wysyła Straż Graniczną do krajów południa Europy i jest gotowa ponosić koszty wspólnej polityki imigracyjnej.

- Nie zgadzamy się jednak, żeby wbrew prawom człowieka przesyłać siłą imigrantów i relokować ich tam, gdzie nie chcą przebywać. Nie ma naszej zgody na przymusowe przemieszczanie ludzi na terytorium Europy wbrew ich woli. Od początku kryzysu ukraińskiego nikt nie wsparł Polski w ochronie zewnętrznej granicy UE. Polska opanowała wszystkie problemy i zagrożenia własnymi siłami - dodał szef gabinetu prezydenta.

Miniszczyt w Brukseli

Przywódcy kilkunastu państw unijnych zjechali w niedzielę na miniszczyt do Brukseli, żeby rozmawiać o dzielącym UE od lat problemie migracji. Choć faktyczny napływ migrantów do Wspólnoty spadł, sprawa na nowo wywołuje napięcia polityczne.

Polska i kraje Grupy Wyszehradzkiej postanowiły nie brać udziału w spotkaniu. Premier Mateusz Morawiecki mówił w czwartek, że nie należymy do klubu przyjaciół relokacji. Rozwiązanie to mające dzielić uchodźców pomiędzy państwa UE od lat uniemożliwia "28" porozumienie się ws. reformy systemu azylowego. Z udziału w miniszczycie, którego gospodarzem jest szef KE Jean-Claude Juncker, zrezygnowały również: Estonia, Litwa, Łotwa, Cypr, Portugalia, Rumunia, Irlandia i Wielka Brytania.

W Brukseli nikt nie ma wątpliwości, że inicjatywa spotkania wyszła od kanclerz Niemiec Angeli Merkel, która ma poważne problemy polityczne w kraju na tle migracji. Szefowa niemieckiego rządu jest pod presją, bo dostała od szefa MSW i lidera CSU, siostrzanej partii jej ugrupowania, Horsta Seehofera czas do końca miesiąca na znalezienie rozwiązania problemu migrantów na niemieckich granicach. Merkel mówiła dziennikarzom przed spotkaniem w Brukseli, że ma nadzieję na porozumienie w tej sprawie z państwami europejskimi w ciągu najbliższych dni, żeby ograniczyć napływ przybyszy spoza UE do Niemiec.

Z danych Europejskiej Agencji Straży Granicznej i Przybrzeżnej (Frontexu) wynika, że w pierwszych miesiącach tego roku granice unijne zostały przekroczone nielegalnie 43 tys. razy. To o 46 proc. mniej niż w analogicznym okresie zeszłego roku. Choć spadek wiąże się głównie z opanowaniem sytuacji w centralnej części Morza Śródziemnego na trasie z Libii do Włoch, to właśnie nowe władze w Rzymie najgłośniej dopominają się o wsparcie ich przez inne państwa UE.

Szef MSZ Włoch Enzo Moavero Milanesi mówił w opublikowanym w niedzielę wywiadzie dla dziennika "Il Messaggero", że UE grozi rozpad na tle kryzysu migracyjnego. Włochy obawiają się, że zamknięcie granic spowoduje, iż zostaną same z napływającymi do kraju migrantami. Wtórne przepływy migracyjne, to znaczy z jednego kraju unijnego do drugiego, są z kolei głównym problemem Niemiec. Znaczna część przybyszy z Afryki i innych kontynentów po dotarciu do Włoch udaje się na północ Europy do bogatszych państw, z Niemcami na czele. Takie osoby chce właśnie odsyłać z niemieckiej granicy szef MSW tego kraju.

Prezydent Francji Emmanuel Macron podkreślał przed rozpoczęciem miniszczytu w Brukseli, że UE staje przed kryzysem politycznym na tle migracji. Przypominał jednocześnie o wartościach, na jakich opiera się UE, wśród których jest też respektowanie praw człowieka oraz innych państw członkowskich.

To zawoalowana krytyka postawy nowych władz Włoch, które odmówiły przyjęcia już dwóch statków z kilkuset migrantami na pokładzie uratowanymi podczas akcji poszukiwawczych. Rzym wszedł na tym tle w spór z Maltą, która również nie zgodziła się na wyokrętowanie migrantów u siebie.

Paryż zresztą krytykuje nie tylko sposób działania Włochów. W sobotę prezydent Francji oświadczył, że jest zwolennikiem wprowadzenia sankcji finansowych dla krajów Unii Europejskiej, które odmawiają współpracy w kwestiach związanych z imigracją. - Jestem za wprowadzeniem sankcji w razie braku solidarności oraz za warunkowym przyznawaniem funduszy strukturalnych - podkreślił, nie wymieniając przy tym konkretnych krajów.

Z kolei premier Hiszpanii Pedro Sanchez mówił w niedzielę w Brukseli, że jego kraj wypełnia swoje zobowiązania nie tylko wobec UE, ale też z punktu widzenia międzynarodowych konwencji. To właśnie Hiszpania przyjęła statek "Aquarius", przed którym porty zamknęły zarówno Włochy jak i Malta.

Premier tego drugiego kraju Joseph Muscat przekonywał w niedzielę, że wskazanie winnych zaognienia sytuacji nic nie daje. "Wytykanie palcem nic nie pomoże" - tłumaczył. Dodał przy tym, że budowanie muru na morzu nie jest rozwiązaniem problemu migracyjnego.

Unijni urzędnicy informowali, że Merkel, od której miała wyjść inicjatywa zorganizowania miniszczytu, chciała, żeby zorganizował go najpierw szef Rady Europejskiej Donald Tusk. Ten miał jednak wskazać, że w najbliższy czwartek i piątek jest regularny szczyt UE, który będzie się zajmował migracją. Wobec tej odmowy Berlin zwrócił się do Junckera. Przywódcy jeszcze przed rozpoczęciem spotkania pokłócili się o tekst deklaracji końcowej. Premier Włoch Giuseppe Conte groził nawet, że nie przyjedzie na miniszczyt. O tym, że będzie trudno wypracować wspólne stanowisko, świadczyć może m.in. to, że po zakończeniu rozmów nie przewidziano nawet konferencji prasowej.

Kroki finansowe za nieprzyjmowanie uchodźców

Włoski rząd w propozycjach, jakie zawiózł premier Giuseppe Conte na miniszczyt 16 krajów UE w Bruseli, apeluje o wzmocnienie zewnętrznych granic Unii, stworzenie międzynarodowych ośrodków ochrony dla migrantów i kary dla krajów, które nie przyjmują uchodźców.

We wstępie do dokumentu, którego treść przekazała agencja Ansa, włoski rząd podkreślił, że jeśli Unia nie zdoła wprowadzić "skutecznej polityki uregulowania i zarządzania falami migracyjnymi, stanie w obliczu ryzyka utraty wiarygodności całego projektu europejskiego".

"Potrzebne jest podejście zintegrowane i wielopoziomowe, które połączy prawa i obowiązki" - stwierdził gabinet Ligi i Ruchu Pięciu Gwiazd. Wyraził przekonanie, że konieczne jest "przejście od zarządzania kryzysowego zjawiskiem imigracji do podejścia strukturalnego".

Rząd zaznaczył, że należy najpierw uporać się z uregulowaniem kwestii napływu migrantów do Europy, a dopiero potem "ruchem wtórnym", czyli między krajami członkowskimi UE.

Dokument prezentujący stanowisko Włoch otwiera postulat zacieśnienia porozumień między UE a krajami pochodzenia i tranzytu migrantów. Rząd podkreślił, że umowy z Libią i Nigrem doprowadziły do redukcji fali migracyjnej o 80 procent.

Ponadto strona włoska proponuje stworzenie międzynarodowych centrów ochrony w krajach tranzytowych, gdzie będą analizowane wnioski o azyl i będzie udzielana pomoc prawna migrantom.

Dalsze propozycje to: wzmocnienie granic zewnętrznych UE, zmiana regulaminu z Dublina o zasadach przyznawania azylu, który jest - jak podkreślają władze Włoch - niewystarczający w obecnej formie, biorąc także pod uwagę to, że tylko 7 proc. migrantów stanowią uchodźcy.

Następny punkt głosi: "Kto przypływa do Włoch, przypływa do Europy". Dlatego apeluje się o potwierdzenie zasady "odpowiedzialność - solidarność jako dwumianu, a nie dualizmu". "Stawką jest układ z Schengen" - dodaje włoski rząd. Domaga się również "wspólnej odpowiedzialności państw członkowskich za rozbitków na morzu" i argumentuje, że obowiązek niesienia pomocy nie może stać się obowiązkiem rozpatrywania wszystkich wniosków o azyl.

W dokumencie zawarto też apel o zdecydowaną walkę z przemytem migrantów i organizacjami przestępczymi, które się tym zajmują oraz wniosek o utworzenie ośrodków ochrony dla migrantów w innych krajach unijnych.

Listę kończy postulat, by każdy kraj ustalił liczbę migrantów ekonomicznych, jaką może przyjąć. Ponadto włoski rząd opowiada się za wprowadzeniem "odpowiednich kroków finansowych wobec państw, które nie chcą przyjąć uchodźców".