Po półtora roku jego rządów zagubieni są przeciwnicy USA i sojusznicy, a w niektórych przypadkach trudno nawet się zorientować, kto jest kim dla Trumpa. Największą zagadką pozostaje wciąż jego stosunek do Władimira Putina.

Z jednej strony Trump żadnej umowy z prezydentem Rosji nie zawarł, a relacje Waszyngtonu z Kremlem są równie złe, jak w chłodniejszych okresach zimnej wojny, z drugiej – obawy, że w jakiś układ z rosyjskim prezydentem chętnie by wszedł, nieustannie wracają. Również i przed zaplanowanym na poniedziałek spotkaniem obu polityków w Helsinkach.

W dużej mierze ten dysonans jest spowodowany wypowiedziami Trumpa na temat Putina, z których trudno wyczuć, czy traktuje go jako potencjalnego przyjaciela, potencjalnego partnera biznesowego czy realnego rywala.

Czapki z głów przed Rosją

Po raz pierwszy Trump wspomniał publicznie o Putinie w październiku 2007 r. – Spójrzcie na Putina, co on robi z Rosją, rozumiecie, co się tam dzieje. Mam na myśli, że ten facet – niezależnie, czy go lubicie, czy nie – robi świetną robotę, odbudowując wizerunek Rosji i odbudowując Rosję. Kropka – powiedział na antenie CNN. Było to jeszcze przed rosyjską inwazją na Gruzję, lecz już kilka miesięcy po domniemanym rosyjskim cyberataku na Estonię, zaś Trump należał wówczas do Partii Demokratycznej, a urząd prezydenta pełnił George W. Bush.