Ataki na niezależnych dziennikarzy na Białorusi i na media działające bez pozwolenia władz nasiliły się, odkąd na początku czerwca białoruski parlament wprowadził zaostrzające cenzurę poprawki do konstytucji. Władze w Mińsku twierdzą, że przeciwdziała ona rozpowszechnianiu fake newsów.

Od początku tego roku białoruska milicja wymierzyła niezależnym dziennikarzom, a nie ich organizacjom medialnym, kary w łącznej wysokości (w przeliczeniu) ponad 27 tys. dolarów. Suma ta może się wydawać stosunkowo niewielka, ale trzeba pamiętać, że przeciętna płaca na Białorusi, często nazywanej w amerykańskich mediach "stalinowskim skansenem Europy", wynosi miesięcznie 479 USD - wyjaśnia korespondentka "WP".

Białoruscy dziennikarze są inwigilowani, nieustanie śledzeni przez białoruskie KGB, które ma swoich ludzi w każdej redakcji. Kilku dziennikarzy pod - jak uważają międzynarodowe organizacje praw człowieka - sfabrykowanymi zarzutami skazano na wieloletnie wyroki więzienia. Białoruś w klasyfikacji wskaźnika wolności prasy (World Press Freedom Index) organizacji Reporterzy bez Granic (RSF) znalazła się w ubiegłym roku na 155. miejscu wśród 180 państw świata.

Szczególnie częstym celem ataków są dziennikarze telewizji Biełsat, która ma swoją redakcję w Warszawie. Władze Białorusi nie mogą znieść kanału (telewizyjnego) źle wyrażającego się o (prezydencie Alaksandrze) Łukaszence, nadającego z terytorium sąsiedniego państwa - powiedział Harecki korespondentce "WP" Cheryl Reed; artykuł ukazał się w sobotę w wydaniu internetowym dziennika.

Biełsat, nazywający siebie pierwszą niezależną telewizją na Białorusi, jak wyjaśnia "WP", jest w większości finansowany przez polskie MSZ oraz władze kilku innych państw.

W lipcu KGB przeprowadziło rewizję w mieszkaniach dwóch dziennikarzy Biełsatu i skonfiskowało komputery, aparaty fotograficzne oraz telefony komórkowe. Aresztowano też szereg dziennikarzy stacji i zagrożono zarekwirowaniem samochodu jednego z nich, jeśli nie zostanie zapłacona grzywna w wysokości (w przeliczeniu) ok. 7,4 tys. USD - czytamy w "WP".

Sytuacja jest bardzo napięta. Nie mamy wyjścia poza płaceniem kar i dalszą pracą. Powoduje to, że (produkcja - PAP) naszych materiałów staje się coraz droższa - powiedziała cytowana przez dziennik dyrektor Biełsat TV Agnieszka Romaszewska-Guzy. Zwróciła uwagę, że większość dziennikarzy Biełsatu to młodzi ludzie, dlatego KGB w swojej kampanii przeciw stacji wywiera naciski na ich rodziców.

Większość przypadków aresztowań i kar grzywien dla niezależnych białoruskich dziennikarzy związana jest z nadawaniem przez nich w serwisach społecznościowych transmisji na żywo (live streaming) z protestów, na które władze nie wydały zgody.

Władze Białorusi uważają dziennikarzy pracujących dla mediów z siedzibą poza granicami kraju za "dziennikarzy zagranicznych", którzy powinni ubiegać się o akredytację białoruskiego MSZ. Takie akredytacje są wydawane niezwykle rzadko i w rezultacie dziennikarze pracujący bez niej są karani grzywnami za "nielegalną działalność".

Podczas demonstracji ktoś bez akredytacji nie jest uważany za dziennikarza i może być bardzo łatwo aresztowany - powiedziała "WP" 24-letnia Kaciaryna Andrejewa, pracująca dla Biełsatu, która tego lata została dwukrotnie aresztowana za relacjonowanie protestów w Kuropatach - miejscu masowej egzekucji w czasach stalinowskich. Andrejewa, której dziadek był dziennikarzem w czasach sowieckich, podczas pierwszego zatrzymania została poddana rewizji osobistej, bo władze bezpodstawnie podejrzewały, że pod ubraniem ma ukrytą kamerę.

Wraz z mężem, 29-letnim Iharem Iljaszem, który także jest dziennikarzem Biełsatu, Andrejewa specjalizuje się w dziennikarstwie śledczym, które na Białorusi jest najbardziej niebezpiecznym gatunkiem dziennikarstwa. Mój dziadek mówi mi: Dziennikarstwo śledcze jest zbyt niebezpieczne. Lepiej będzie, jak pójdziesz na wieś i zapytasz ludzi: "Jak się mają krowy?" - powiedziała Andrejewa.