Dziennik.plŚwiat

Poniedziałek, 28 maja 2012

Imieniny: Augustyna, Jaromira, Wilhelma

Mroczna tajemnica rodziców Maddie

2007-11-05 | Ostatnia aktualizacja: 17:48 | Komentarze: 0 | skomentuj

"Proszę, oddajcie nam naszą małą dziewczynkę. Proszę, tylko jej nie skrzywdźcie" - apelowała w portugalskiej telewizji Kate McCann kilka dni po zniknięciu córeczki. Cały świat widział jej udręczone oczy i łzy płynące po bladych policzkach. Teraz, po czterech miesiącach policyjnego śledztwa, to właśnie matka wraz z ojcem są głównymi podejrzanymi o nieumyślne zabicie własnego dziecka - informuje DZIENNIK.

Pogoda

POLSKA

Poniedziałek 2012-05-28

temp. min 2°C max. 23°C
opady: niewielkie opady

Twoje miasto:

Program TV

Sprawdź program swojej ulubionej stacji:

"Wreszcie przełom w śledztwie w sprawie małej Maddie!" - krzyczą w ostatnich dniach nagłówki gazet, informując, że rozpaczający rodzice zostaną wkrótce oskarżeni o zabicie własnego dziecka i ukrycie jego zwłok. O losie brytyjskiego małżeństwa zadecyduje już za kilka dni portugalski sędzia, do którego trafiło 10 tomów akt sprawy, stenogramy przesłuchań oraz policyjne ekspertyzy i opinie biegłych.

Portugalska policja jest niemal pewna, że Kate i Gerry McCann zostaną oskarżeni o spowodowanie śmierci córki. "Moi ludzie wykonali kawał dobrej roboty. Nie mogę oczywiście przewidzieć, jak sędzia oceni nasz materiał, ale zebrane dowody są poważne" - mówi DZIENNIKOWI szef ekipy dochodzeniowej Olegario de Sousa. W ciągu ostatnich czterech miesięcy rozmawialiśmy z nim wielokrotnie. Za każdym razem portugalski inspektor ograniczał się do suchych, krótkich zdań jakby żywcem wyjętych z policyjnych raportów. Tym razem pozwolił sobie na wyjątkową szczerość i formułowanie twardych sądów.

Ale McCannowie stanowczo odpierają zarzuty. "Jesteśmy niewinni. Jak możecie nas posądzać o to, że skrzywdziliśmy własne dziecko?" - pytają i oskarżają portugalską policję i media o wyjątkowe okrucieństwo. Rodzice kilka dni temu wrócili do rodzinnego Rothley w środkowej Anglii. Spakowali się i wyjechali z Portugalii, gdy tylko w tamtejszej prasie pojawiły się pierwsze przecieki, że mogą zostać uznani za morderców.

W czwartek w portugalskiej prasie pojawiły się nowe informacje mające przesądzać o winie McCannów. Gazeta "Correio de Manha" podała, że brytyjska policja przechwyciła pamiętnik Kate, w którym miała ona pisać, że jest przemęczona, a Madeleine to prawdziwy wulkan energii, nad którym trudno zapanować. I skarżyła się, że mąż nie pomaga jej w wychowaniu trójki dzieci. Tych rewelacji nie potwierdza Scotland Yard; twierdzi, że nie przeprowadzono jeszcze rewizji w domu McCannów w Rothley, więc policja nie ma też pamiętnika matki.

"MAMUSIU, TO BYŁ PIĘKNY DZIEŃ"
Na początku maja 39-letni Kate i Gerry McCann, oboje lekarze, przyjechali do słonecznego Praia da Luz na urlop. Wzięli ze sobą trójkę dzieci: Madeleine i dwuletnie bliźniaki Seana i Amelie. Ośrodek Ocean Club, w którym zamieszkali, to typowa oferta z katalogu. Wszystko w zasięgu ręki: basen, korty tenisowe oraz liczne restauracje. Dla tych, którzy koniecznie chcą się ruszyć z miejsca, całkiem niedaleko są piękne plaże nad oceanem.

McCannowie szybko zaprzyjaźnili się z innymi brytyjskimi małżeństwami, które także przyjechały do kurortu z dziećmi. Spędzają z nimi czas przy basenie, razem jedzą obiady. 3 maja postanawiają większą grupą, ale bez kłopotliwych maluchów, pójść wieczorem do baru znajdującego się na terenie ośrodka. Już około godz. 18 McCannowie zabierają swoje dzieci do pokoju. To wtedy po raz ostatni obsługa i goście hotelu widzą małą Madeleine. Z zeznań rodziców wynika, że godzinę później przebrana w różową bawełnianą piżamkę dziewczynka jest już w łóżeczku. "Mamusiu, to był najpiękniejszy dzień mojego życia. Tak dobrze się dziś bawiłam" - miała powiedzieć Maddie tuż przed zaśnięciem. W łóżkach tuż obok śpią już spokojnie jej braciszek i siostrzyczka.

Kate i Gerry zostawiają dzieci i około wpół do dziewiątej wieczorem są już w barze. Zamawiają jedzenie, na stole pojawia się butelka wina, potem kolejna. Portugalski magazyn "Sol" donosił później, że rozbawione towarzystwo wypiło w sumie 14 butelek wina. Sami McCannowie twierdzili, że były to zaledwie cztery butelki, a kolejne dwie zamówione u kelnera pozostały nietknięte na stole. Pół godziny później Gerry sprawdza po raz pierwszy, czy dzieci się nie obudziły. Wracając do restauracji, zamienia kilka słów z poznanym w kurorcie Anglikiem. Do swoich pokojów zaglądają też inne pary, by sprawdzić, jak zachowują się ich pociechy. Przy okazji słuchają pod drzwiami pokoju, czy maluchy McCannów nie płaczą.

Tuż po godz. 22 Kate McCann postanowiła sama zobaczyć, czy któreś z trójki się nie obudziło. Droga z restauracji do hotelu zajęła jej zaledwie kilka minut. Gdy weszła do pokoju, zobaczyła puste łóżeczko Madeleine. Na poduszce siedział ulubiony pluszak małej o imieniu Kot Przytulak, z którym dziewczynka nigdy się nie rozstawała. Matka zeznała później, że okno pokoju było otwarte, choć pamięta, iż zamykała je, wychodząc na kolację. Krzycząc przeraźliwie, Kate McCann biegiem wróciła do restauracji. Gerry opowiadał policji, że żona powtarzała w kółko dwa zdania: "Madeleine zniknęła. Ktoś ja zabrał". On sam myślał bezładnie: "To niemożliwe, to nieprawda, to nieprawda".

ZADEPTANE ŚLADY
Któryś z uczestników kolacji wzywa policję. Funkcjonariusze są na miejscu już po 20 minutach. Na nic się jednak nie przydają, bo nie znają języka angielskiego. Z trudnością udaje im się wytłumaczyć jedynie, że uprowadzono dziecko. W pokoju McCannów kłębi się tłum, dziesiątki ludzi wchodzą i wychodzą. Inspektor Olegario se Sousa przyzna później, że jeśli ewentualny porywacz zostawił w pokoju jakieś ślady, to zostały one zadeptane. Po kolejnej pół godzinie pojawił się zespół dochodzeniowy, który przejął śledztwo i zarządził poszukiwania dziewczynki.

Trwają też pierwsze przesłuchania. Kate McCann mówi policjantom, że w pokoju z całą pewnością było otwarte okno, a Gerry potwierdza, że o godz. 21 dzieci były w łóżeczkach. Brytyjka Jane Tarner, która tego wieczoru bawiła się w restauracji razem z McCannami, przypomniała sobie, że gdy tuż po dziewiątej sprawdzała, jak się czuje jej chory synek, widziała na hotelowym korytarzu mężczyznę niosącego dziecko - czytamy w DZIENNIKU.

Policja ma więc pierwszy trop: Madeleine została najprawdopodobniej uprowadzona. Kto mógł to zrobić? Na to pytanie najczęściej padają dwie odpowiedzi: pedofil albo gang zajmujący się porywaniem dzieci na płatne adopcje. Zakrojone na wielką skalę policyjne poszukiwania nic jednak nie dają i 6 maja, trzy dni po zniknięciu Madeleine, zapłakana Kate McCann występuje w portugalskiej telewizji z apelem o zwrot dziecka. To właśnie wtedy padają słowa powtarzane później przez gazety i telewizje na całym świecie: „Proszę, oddajcie nam naszą małą dziewczynkę”.

POSZUKIWANIA
W Wielkiej Brytanii i Portugalii trwa tymczasem niespotykana wcześniej społeczna mobilizacja: ochotnicy rozdają koszulki z podobizną dziewczynki, rozlepiają na ulicach jej zdjęcia, rozsyłają e-maile z komunikatem o zaginięciu. Przyjaciele rodziny wydrukowali duże plakaty z wizerunkiem Madeleine, by każdy mógł zauważyć jej znak szczególny – czarną plamkę na zielononiebieskiej tęczówce prawego oka. Za jakąkolwiek informację, która mogłaby pomóc w ustaleniu miejsca pobytu dziewczynki, wyznaczono nagrodę w wysokości prawie 4 mln euro. Na tę sumę złożył się m.in. szef koncernu Virgin Richard Branson oraz autorka opowieści o Harrym Potterze J.K. Rowling. Nie ma jednak żadnego odzewu. Telefon milczy.

30 maja Gerry i Kate McCann spotykają się w Watykanie z papieżem Benedyktem XVI, który pobłogosławił zdjęcie Madeleine i zapewnił, że będzie się za nią modlił. "Dziś znowu świat przypomniał sobie o naszej tragedii, miejmy nadzieję, że wstawiennictwo papieża pomoże naszemu dziecku" - mówiła przez łzy matka dziewczynki. I znowu zrozpaczonych rodziców pokazywały wszystkie serwisy informacyjne świata.

Jednak nie wszyscy im współczują. Na internetowych forach, na których ludzie zawzięcie dyskutują o losach Madeleine, można znaleźć pierwsze oskarżycielskie wpisy. "Sami są sobie winni. Kto przy zdrowych zmysłach zostawia w pokoju trójkę małych dzieci i idzie się bawić?" - pyta jeden z internautów. Inny snuł spiskową teorię, zgodnie z którą McCannowie podali dzieciom tabletki nasenne, by móc bez przeszkód bawić się ze znajomymi.

FAŁSZYWE TROPY
Choć poszukiwania Madeleine nadal nie przynoszą żadnego rezultatu, portugalskim policjantom udaje się wytypować pierwszego podejrzanego. To mieszkający od lat w domu w Praia da Luz wraz z matką 33-letni Brytyjczyk Robert Murat, który wcześniej pomagał jako tłumacz przy poszukiwaniach dziecka. Niespełna dwa tygodnie po zniknięciu dziewczynki policja wchodzi do jego domu, ale nic tam nie znajduje. Naloty są potem regularnie powtarzane, ale wciąż nie przynoszą żadnych dowodów, jakoby brał on udział w porwaniu Madeleine. W końcu portugalscy śledczy przyznają, że Murat nie miał nic wspólnego ze zniknięciem dziewczynki.
Cisza przerywana jedynie kolejnymi zapewnieniami, że dochodzenie jest wciąż "intensywnie prowadzone", panuje aż do 3 sierpnia, gdy alarm wszczyna policja z Belgii. Świadkowie mieli widzieć porwaną Madeleine w jednym z pubów w miasteczku Tongeren. Miała jej towarzyszyć dwójka dorosłych: mówiący po niderlandzku mężczyzna i anglojęzyczna kobieta. Policja przekazała do badań szklankę, z której dziecko piło koktajl mleczny, ale technicy nie znaleźli na nim żadnych próbek mogących się nadawać do analizy DNA.

UCHYLONE DRZWI
A kilka dni później eksplodowała bomba. Portugalska gazeta "Diario de Noticias" napisała, że policja skłania się do postawienia zarzutów rodzicom. "Mają przeciwko McCannom bardzo mocne dowody" - mówił wówczas DZIENNIKOWI dziennikarz Jose Manuel Oliveira, który jako pierwszy napisał o tak zaskakującym zwrocie w śledztwie.

Skąd takie nagłe przyspieszenie akcji? Zaczęło się od weryfikowania przez policję zeznań osób, z którym McCannowie spędzali feralny wieczór. Ci zaś, gdy trochę ochłonęli, nie byli już tak stuprocentowo pewni tego, co naprawdę widzieli. Faktem jest - mówili funkcjonariuszom - że sprawdzali, czy dzieci McCannów śpią. Ale przecież nie wchodzili do pokoju, a jedynie zaglądali do środka przez uchylone drzwi. Madeleine mogła leżeć w swoim łóżeczku, ale wcale nie wiadomo, czy jeszcze żyła.

Dla portugalskich policjantów kluczowe były dwie godziny między tym momentem, w którym dzieci były widziane po raz ostatni, a przyjściem McCannów do baru. To wówczas - zakładali - rodzice mogli upuścić dziecko podczas kąpieli czy przebierania, mogło ono samo nieszczęśliwie upaść i uderzyć się główką o kant półki. A oni, spanikowani, postanowili udawać, że nic się nie stało i poszli na kolację. To, co na początku było tylko dziennikarskimi spekulacjami, dla policji graniczyło już niemal z pewnością, gdy w pokoju hotelowym odnaleziono ślady krwi małej Madeleine.

Kate i Gerry zostali ponownie wezwani na przesłuchanie. Przeprowadzono także ich konfrontację. Choć oboje cały czas zapewniali, że są niewinni, stopniowo tracili jednak pewność siebie. Nie udzielali już wywiadów tak chętnie jak dawniej, a w końcu spakowali walizki i powrócili do Anglii, choć wcześniej zapewniali, że zostaną w Portugalii aż do czasu odnalezienia córeczki. Żywej - jak powtarzali z uporem.

KREW W BAGAŻNIKU
A potem nastąpił przełom w przeciągającym się niemiłosiernie śledztwie. Pracująca od trzech miesięcy ekipa dochodzeniowa, która wciąż nie była w stanie potwierdzić hipotezy o porwaniu dziewczynki, zdecydowała się na sprowadzenie policyjnych psów tropiących z Wielkiej Brytanii. Do Praia da Luz przyjechała para angielskich spanieli: wyspecjalizowana w szukaniu śladów krwi Keela oraz Eddie, który potrafi doskonale wyczuć zapach ludzkich zwłok. Psy dokładnie obwąchały hotelowy apartament McCannów oraz samochód, który wypożyczyli trzy tygodnie po zniknięciu dziecka. Znalazły niewielkie ślady krwi w pokoju, a w bagażniku auta, we wnęce na koło zapasowe "ślady innych płynów" - jak określiła to policja. Pobrane próbki przesłano do laboratorium w angielskim Birmingham. Choć nie ma jeszcze oficjalnego komunikatu, to z przecieków wynika, że w stu procentach zgadzają się one z DNA Madeleine. "Główna hipoteza śledztwa zakłada teraz, że dziecko nie żyje" - mówi DZIENNIKOWI inspektor Olegario de Sousa.

W portugalskiej prasie natychmiast zawrzało od spekulacji. Rozgorączkowani dziennikarze pisali, że McCannowie wynajętym samochodem mogli wywieźć ciało maleńkiej Madeleine na odludzie, by się go pozbyć. Tam je spalili, zakopali lub obciążone kamieniami wrzucili do Atlantyku.
Zszokowani rodzice cały czas zapewniają stanowczo, że są niewinni. "Ból, który nam zadano, jest nie do opisania. Te oskarżenia to absurd" - napisał Gery McCann na stworzonej tuż po zaginięciu dziewczynki stronie internetowej Findmadeleine.com. Rodzice tłumaczą, że w samochodzie przewozili zabawki należące do Madeleine i mogły być na nich na przykład resztki zaschniętej śliny dziewczynki, które zostały w bagażniku. "Kto wyjmuje koło zapasowe i wkłada rzeczy w jego miejsce? Nie musieli tego robić. Renault Scenic, który wypożyczyli, nie jest małym autem" - podważa ich słowa portugalska prasa.

POTWORY W LUDZKIEJ SKÓRZE?
Świat czeka teraz niecierpliwie na decyzję portugalskiego sędziego. Czy McCannowie okażą się ofiarami, którym nie tylko porwano dziecko, ale jeszcze bezpodstawnie oskarżono o jego zabicie? Czy też naprawdę - jak słyszymy w ostatnich dniach - są parą wyjątkowo wyrachowanych i zimnych ludzi, którzy przez cztery miesiące bez zmrużenia oczu zwodzili policję i na zimno okłamywali cały świat?

"To niemożliwe, by dwoje ludzi aż tak przekonująco ukrywało śmierć dziecka, to niemożliwe, by tak perfekcyjnie łgali" - mówią kryminolodzy. Jeden z przyjaciół rodziny w rozmowie z "The Sunday Times" broni ich gorąco, mówiąc, że nie byliby w stanie ukrywać przez ponad trzy tygodnie zwłok dziecka, bo przez cały czas byli pod obstrzałem dziennikarzy z całego świata, którzy dzień i noc śledzili każdy ich ruch.

"Oni nie zabili swojej córki. Znam ich, nie są takimi potworami" - powiedziała DZIENNIKOWI kwiaciarka z Rothley, gdzie mieszkają McCannowie. Po chwili dodała z wahaniem, że nikt nie zna do końca natury drugiego człowieka. Zaraz jednak przerwała i dodała, przekonując siebie samą. "Nie, nie w tym wypadku. Ja im wierzę".

Piotr Czarnowski
Źródło: dziennik.pl
12następna »

Uwaga, Twój komentarz może pojawić się z opóźnieniem do 10 minut.
Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!
«