Sześciodniowy objazd prezydent rozpoczął od corocznego szczytu Unia - Stany Zjednoczone zorganizowanego w Słowenii. Potem spotka się m.in. z kanclerz Niemiec Angelą Merkel, premierami Włoch Silviem Berlusconim i Wielkiej Brytanii Gordonem Brownem. Wszędzie może liczyć na kordialne przyjęcie, bo najważniejsi przywódcy krajów UE są dziś entuzjastami zacieśniania współpracy ponadatlantyckiej. "Bush to mój szczery przyjaciel" - powtarzał nie raz Silvio Berlusconi, który napisał nawet dla amerykańskiego tygodnika "Time” apologię Teksańczyka, a teraz obiecał, że zwiększy zaangażowanie Włoch w Afganistanie. Podobne deklaracje składał też Nicolas Sarkozy, najbardziej proamerykański przywódca w powojennej historii Francji.

"Ciepłe przyjęcie, jakie zapewne spotka Busha, to zasadnicza zmiana w euroatlantyckich stosunkach, które jeszcze rok temu były fatalne" - mówi "Dziennikowi” Kevin Featherstone, amerykanista z London School of Economics. Ma na to wpływ nie tylko odejście nieufnych wobec USA przywódców jak niemiecki kanclerz Gerhard Schroeder, francuski prezydent Jacques Chirac czy włoski premier Romano Prodi, ale także stopniowe rozwiązywanie problemów, które podzieliły oba kontynenty. Największy do tej pory nazywał się Irak. Jednak w miarę jak sytuacja nad Eufratem i Tygrysem zaczyna się poprawiać, Europejczycy zapominają o wojnie. "Także wzrost potęgi Rosji i Chin sprawia, że europejscy przywódcy znów stawiają na bliższą współpracę z Ameryką zarówno w sferze bezpieczeństwa, jak i ekonomii" - uważa Featherstone.

I choć sondaże nadal pokazują, że wielu zwykłych Europejczyków uważa Busha za większe zagrożenie dla pokoju na świecie niż przywódcę Iranu Mahmuda Ahmadineżada, to antyamerykańskie manifestacje są coraz rzadsze. "Gigantyczne protesty, które towarzyszyły wcześniejszym wizytom Busha w Europie, były w pewnym sensie komplementem - uznaniem jego potęgi. Ich skala potwierdzała jego pozycję jako najsilniejszego człowieka na Ziemi” - pisze amerykański dziennik "Washington Post”. Teraz nikomu nie chce się już protestować, bo oczy Europejczyków zwrócone są w stronę potencjalnych następców 43. prezydenta - Baracka Obamę i Johna McCaina. "Europa do Busha: Hasta la vista, kowboju!” - tak jedna z teksańskich gazet zatytułowała artykuł o tournee Busha po Starym Kontynencie.

Wielu analityków jest przekonanych, że nowy gospodarz Białego Domu otrzyma od Europy olbrzymi kredyt zaufania tylko dlatego, że... nie jest Bushem. "Niezależnie od tego czy następną głową państwa zostanie Obama, czy McCain międzyatlantyckie relacje poprawią się" - prognozuje Feathersone. "Już dziś nie są one najgorsze, ale chodzi przede wszystkim o odbudowanie wzajemnego zaufania" - mówi DZIENNIKOWI Robin Shepherd, amerykanista z Chatham House. W to, że Europa znów pokocha Amerykę, nie wątpi też sam prezydent Bush. "Wielu ludzi lubi Stany Zjednoczone. Niekoniecznie ich prezydenta, ale Amerykę owszem" - stwierdził w wywiadzie udzielonym przed odlotem do Lublany.

p

Dlaczego Bush nie odwiedzi Polski

Prezydent George W. Bush w czasie swojego pożegnalnego tournee po Europie nie zawita do Polski. Dlaczego? Zdaniem politologa Grzegorza Kostrzewy-Zorbasa Waszyngton przyzwyczaił się do traktowania Warszawy jako "taniego sojusznika”. - Zgodziliśmy się na udział w wojnie i misji stabilizacyjnej w Iraku bez żadnych warunków wstępnych, co było poważnym błędem. O takiego sojusznika nie trzeba zabiegać, skoro spełnia wszystkie amerykańskie oczekiwania - mówi. Zdaniem Kostrzewy-Zorbasa takie postrzeganie Polski jest wspólne zarówno dla rządzących Republikanów, jak i Demokratów. W tym kontekście trudno się dziwić, że Bush nie zdecydował się odwiedzić naszego kraju nawet mimo toczących się negocjacji w sprawie tarczy antyrakietowej, na której obecnej administracji w Waszyngtonie bardzo przecież zależy." Amerykanom w świetle dawnych doświadczeń wydaje się nie do pomyślenia, że moglibyśmy odrzucić jakąkolwiek ich propozycję" - mówi Kostrzewa-Zorbas.