Nawet pojedyncze głosy mogą zdecydować o wyniku dzisiejszego referendum w Irlandii. Dlatego ostatnie godziny przed otwarciem lokali wyborczych premier Brian Cowen spędził, namawiając mieszkańców do poparcia traktatu lizbońskiego. W głównych stolicach Europy dyplomaci szykują się jednak na najgorsze. I próbują znaleźć sposób na uratowanie reform Unii, gdyby Irlandczycy powiedzieli "nie" - czytamy w DZIENNIKU.

Zadanie nie będzie łatwe, dla niektórych wręcz niewykonalne. "Jeśli Irlandczycy odrzucą traktat, będzie <po wszystkim>" - uważa Andrew Duff, przedstawiciel Parlamentu Europejskiego ds. traktatu. Inni eksperci twierdzą jednak, że w razie porażki referendum los traktatu zależeć będzie od największych eurosceptyków we Wspólnocie: Wielkiej Brytanii. Już wkrótce nad ratyfikacją traktatu debatować będzie brytyjska Izba Lordów. Premier Gordon Brown zrezygnował z plebiscytu w tej sprawie, świadom, że zakończyłby się on murowanym fiaskiem zwolenników traktatu. Wątpliwe jednak czy po odrzuceniu traktatu przez Irlandię dalej zdołałby przeciwstawiać się konserwatywnej opozycji wzywającej do rozpisania referendum także po drugiej stronie Morza Irlandzkiego.

Zaniepokojeni przywódcy UE już w przyszły czwartek zbiorą się więc w Brukseli, aby opracować plan alarmowy. Najprościej byłoby przeprowadzić ponowne referendum w Irlandii. Tak było już 6 lat temu, gdy Irlandczycy odrzucili traktat nicejski: ponowne głosowanie wypadło pozytywnie. Wątpliwe jednak, by tym razem to rozwiązanie też zakończyło się sukcesem, przede wszystkim dlatego, że po odrzuceniu Konstytucji Europejskiej przez Francuzów i Holendrów w 2005 r., obywateli tych krajów nie zmuszano już do ponownego głosowania nad tym samym dokumentem. A Irlandczycy chcieliby być równie poważnie traktowani przez swoich partnerów.

Na razie jednak nikt nie myśli o rozpoczęciu rokowań na nowo. "To byłoby porównywalne z otwarciem puszki Pandory. Za wiele lat spędzono nad ustaleniem drażliwych kwestii, aby do tego wracać" - mówi DZIENNIKOWI Hugo Brady z Centre for European Reform. Dlatego w Brukseli szepcze się o innym, bezprecedensowym scenariuszu. Miałby on polegać na wyłączeniu Irlandii z form współpracy wprowadzanych przez Lizbonę. Dublin zachowałby euro i uczestniczył jedynie w jednolitym rynku. Problem jednak w tym, że takiego rozwiązania nie przewiduje europejskie prawo i technicznie niezwykle trudno wprowadzić je w życie.

Innym pomysłem jest wyodrębnienie się grupy państw, które będą chciały bliżej współpracować poza Unią. Prezydent Sarkozy już zapowiedział, że w razie porażki referendum Francja i Niemcy wystąpią ze wspólną inicjatywą polityczną. Ale Jean-Louis Bourlanges wieloletni eurodeputowany francuskiej partii UDF odnosi się do tego sceptycznie. "Francuzi i Niemcy już próbowali stworzyć w przeszłości coś w rodzaju dwupaństwowej unii, zawsze bez skutku. Są to kraje o zbyt mocnej tożsamości" - tłumaczy.

Dlatego część ekspertów uważa, że bardziej prawdopodobne jest odłożenie ponownej próby reform do 2010 lub 2011 r., kiedy do Unii ma przystąpić Chorwacja. Obecny traktat nicejski nie przewiduje członkostwa tego kraju i wymagałby modyfikacji. A raz otwarte rokowania mogłyby zająć się tym wszystkim, co miał wprowadzić traktat lizboński.

p

Po odrzuceniu Lizbony Unią będzie rządził dyrektoriat największych państw

ARTUR CIECHANOWICZ: Co się stanie, jeśli Irlandczycy odrzucą w referendum traktat lizboński?
KLAUS HAENSCH*:
Nie chcę nawet myśleć o takim scenariuszu. Europa nie może sobie pozwolić na już drugą porażkę traktatu, który porządkuje najważniejsze sprawy w Unii.

Wchodzą w rachubę prace nad kolejną wersją unijnej konstytucji?
Wykluczone. Nie wyobrażam sobie, żeby Parlament Europejski czy jakikolwiek rząd chciał zaczynać wszystko od nowa. Unia po prostu powróci do układu z Nicei i będzie działać według jego wytycznych. W praktyce oznacza to tylko tyle, że duże państwa Wspólnoty zbudują coś w rodzaju dyrektoriatu. To właśnie duże państwa - a nie takie jak Irlandia - będą podejmowały decyzje i nadawały ton w Europie. Jeśli Irlandczycy powiedzą "nie”, Unią będą rządzić tylko silni.

I tylko duże państwa będą miały wpływ na sprawy dla Europy strategiczne, na przykład na politykę zagraniczną?
Wspólnej polityki zagranicznej po prostu nie będzie. Brak traktatu oznacza marginalizację Europy na świecie. Dla Polski to będzie szczególnie szkodliwe, bo do szuflady trafią wszelkie - kluczowe dla niej - pomysły wspólnej unijnej polityki energetycznej.

Irlandczycy, którzy chcą głosować na "nie”, mają jednak poważne argumenty...
Żarty na bok. Jestem w stanie z miejsca obalić co do jednego te, jak je pan nazywa, "poważne argumenty”. Irlandczycy są zwyczajnie okłamywani przez ludzi organizujących kampanię na "nie”. Wmawia się im na przykład, że Unia zalegalizuje aborcję. Unia nie ma takich kompetencji. Mówi się, że Bruksela zwiększy podatki - kolejne kłamstwo. Nie ma takiej możliwości. Wreszcie najbardziej jaskrawe łgarstwo, jakoby Unia chciała przywrócić karę śmierci. Nie wiem, kto wpadł na taki pomysł, ale nie trzeba być ekspertem od spraw unijnych, żeby się zorientować, że to kompletny absurd. Szkoda, że wielu mieszkańców Wyspy dało się przez tę kampanię kłamstw zmanipulować.

* Klaus Haensch: szef Parlamentu Europejskiego w latach 1994-1997, członek Konwentu Europejskiego, który pracował nad pierwszym projektem unijnej konstytucji. Brał udział w pracach nad traktatem lizbońskim