Robert Dziekoński zginął na lotnisku w Vancouver w październiku zeszłego roku. Nie znał angielskiego i był zagubiony. Kiedy wpadł w panikę i zaczął wymachiwać krzesłem, pojawiła się policja. Polak przed zatrzymaniem uspokoił się. Ale i tak potraktowano go jak groźnego przestępcę. Najpierw policjanci porazili go paralizatorem. Potem się na niego rzucili. Polak takiego ataku nie wytrzymał. Zmarł.

Kanadyjscy policjanci właśnie opublikowali raport komisji zajmującej się skargami na policję. Jego tematem jest używanie paralizatorów. Raport powstał w odpowiedzi na śmierć Polaka.

Jakie są jego wnioski? Dostęp do paralizatorów będzie ograniczony. Używać mają ich tylko funkcjonariusze w stopniu kaprala. Tam, gdzie jednostki policyjne są małe, tylko policjanci z 5-letnim stażem dostaną do ręki tasery.

Przewodniczący komisji Paul Kennedy podkreślił, że policjanci powinni używać paralizatorów, tylko wobec osób bardzo agresywnych, wojowniczych, które tworzą zagrożenie dla życia i zdrowia policjantów.

Ale czy to pomoże uniknąć tragicznych wypadków? Przecież policjanci twierdzili, że Dziekoński był bardzo agresywny. Tymczasem taśmy z monitoringu pokazały, że nikomu nie zagrażał, a policjanci kłamali. Jeśli nie będzie kamer, to funkcjonariusze zawsze będą mogli powiedzieć, że walczyli z "bardzo agresywnym osobnikiem".