Za chwilę Mann wyrazi skruchę za swoje czyny. W efekcie gwinejski kacyk zyska sławę poskramiacza najemników. Mann dostanie mniejszy wyrok, być może zostanie puszczony wolno, lecz na zawsze straci szacunek wśród psów wojny.

"Jest mi bardzo, bardzo przykro z powodu tego, co usiłowałem zrobić. Cieszę się, że nam się nie udało. Zwłaszcza teraz, gdy jestem tutaj i poznałem was osobiście" - kaja się Mann. Człowiek, który wziął udział w kilkunastu konfliktach zbrojnych i który znał się z najważniejszymi oficerami tuzina zachodnich wywiadów, musi przepraszać trzecioligowego polityka, którego obalenie miało być jednym z najprostszych zadań w jego karierze.

Dżentelmen i romantyk z Eton

Mann prawie w niczym nie przypomina klasycznego najemnika. Ci, którzy go znają, mówią, że bliżej mu do Conradowskiego Marlowe’a czy Nostromo. "Ludzki pan, poszukiwacz przygód... Bardzo, bardzo brytyjski romantyk, doskonały kompan" - opisuje go Paul Greengrass, autor filmu o krwawej niedzieli w Irlandii Północnej, w którym rolę brytyjskiego oficera miał zagrać właśnie Mann.

Wychowany w znanej rodzinie, w której zarówno ojciec George, jak i dziadek Frank byli kapitanami brytyjskich drużyn krykietowych - dumy Zjednoczonego Królestwa - Manna od dziecka przygotowywano do odegrania niebanalnej roli w historii. Młody Simon skończył najlepsze na Wyspach szkoły. Uczył się w słynnym - przeznaczonym tylko dla mężczyzn - Eton, które kształci elity polityczne. Później przyszedł czas na elitarną akademię wojskową Sandhurst, a po niej na służbę w jednym z najlepszych regimentów królowej - Scots Guards. Kolejnym punktem w życiorysie stała się - uznawana za elitę elit - jednostka specjalna SAS (Special Air Service). Cypr, Niemcy, Irlandia Północna, Ameryka Łacińska, Bliski Wschód - służba w najróżniejszych rejonach świata pozwoliła mu nawiązać kontakty, które w latach 80. - po odejściu do cywila - pomogły mu zarobić miliony dolarów.

Ale prawdziwą karierę najemnika Mann rozpoczął dopiero po pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej w 1991 r., gdy już na dobre pożegnał się z armią. Szukał okazji do bardziej niebezpiecznych przygód. Razem ze wspólnikiem Tonym Buckinghamem wszedł w układ z prywatną armią - Executive Outcomes złożoną z białych oficerów elitarnych jednostek armii RPA, którzy popierali apartheid. Oficjalnie EO zajmowała się doradztwem, jednak nikt z jej zarządu nie ukrywał, jaka jest jej prawdziwa działalność, a w ofercie firmowej usługi opisywano następująco: „Absolutnie apolityczna, wszelkiego rodzaju pomoc prawowitym rządom, włączając w to szkolenie wojska, tajne operacje, operacje kontrwywiadowcze, rekonesans, selekcję i szkolenie oddziałów specjalnych”.

Pierwszym zadaniem nowych towarzyszy broni Manna było odbicie w połowie lat 90. przynoszących milionowe zyski instalacji naftowych z rąk angolańskich rebeliantów z UNITA. Później nadszedł czas na operację w Sierra Leone. Jej celem było przejęcie kontroli nad kopalniami diamentów. Usługi najemników były nieocenione. Profesjonalnie wyszkoleni żołnierze, dysponujący własną flotą śmigłowców szturmowych Mi-24, transporterów opancerzonych czy nawet boeingów, kontrastowali z kiepsko opłacanymi i niezdyscyplinowanymi oddziałami podlegającymi afrykańskim rządom.

Afrykańskie i europejskie stolica czy zarządy międzynarodowych korporacji - takich jak Chevron czy Texaco - załatwiały swoje interesy rękoma ludzi Manna. Żaden ze zleceniodawców nie ukrywał przy tym, że w razie jakiejkolwiek wpadki wszystkiego się wyprze, a o najemnikach zapomni.

Wonga znaczy kasa

Dokładnie tak się stało przy kolejnym zadaniu, znanym pod kryptonimem Wonga Coup (wonga w British English i nowozelandzkim slangu znaczy pieniądze lub grubą kasę), a które wiosną 2004 r. wykonywał Mann. Scenariusz był bajecznie prosty. Wystarczyło tylko na kilka dni ubrać panterkę i opuścić piękną willę na ekskluzywnych przedmieściach Constantia w południowoafrykańskim Kapsztadzie.

Złożone z blisko 70 osób komando miało obalić rządzącego zasobną w ropę naftową i gaz ziemny Gwineą Równikową Nguemę Mbasogo. Wszystko było zaplanowane, a w odpowiednim momencie po stronie puczystów miała stanąć nieprzychylna prezydentowi wpływowa frakcja. Ktoś jednak zdradził, a misja zamiast w Malabo zakończyła się na lotnisku w Harare. Żołnierze rządzącego Zimbabwe Roberta Mugabe w środku nocy weszli na pokład załadowanego bronią boeinga 747. Tłumaczenia Manna, że wraz z ludźmi miał lecieć do Demokratycznej Republiki Kongo, by tam strzec kopalni diamentów, nie wystarczyły. Cała ekipa trafiła do więzienia. Simon dostał cztery lata, po odsiedzeniu których odesłano go do Gwinei.

Właśnie w gwinejskim Black Beach najemnik zaczął sypać. I to wcale nie dlatego, że jest słaby i bez charakteru. Nikt nie ma złudzeń: Mann był poddawany wyczerpującym torturom. To po nich przyznał się do wszystkiego, przeprosił i zaczął sypać nazwiska zleceniodawców.

Gdy zdecydował się na współpracę, jego sytuacja radykalnie się poprawiła. Według relacji świadków Mann mieszka dziś w jednoosobowej celi odnowionego skrzydła Black Beach. Jada trzy posiłki dziennie, a na obiad dostaje dania przygotowywane w położonym niedaleko więzienia pięciogwiazdkowym hotelu Paraiso. Jak mówią cytowani przez brytyjski dziennik „Daily Telegraph” kucharze, którzy gotują dla Manna, najemnik „woli drób niż czerwone mięso, lubi warzywa i sałatki. Zawsze przekazuje prośbę, by posiłków nie solić”, a mięso „jest marynowane w czerwonym winie”. Do tego ma w swojej celi rower do ćwiczeń, a raz w tygodniu może zadzwonić do swojej trzeciej z kolei żony - Amandy.

Za te luksusy musiał jednak zapłacić - podzielić się swoją wiedzą o Wonga Coup z lokalną bezpieką. Wśród ludzi, których nazwiska ujawnił, znalazł się syn byłej premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher Mark i milioner libańskiego pochodzenia mieszkający w Londynie Eli Calil. Ale to nie oni byli interesujący dla władz Gwinei. Najcenniejsi są ludzie z pałacu prezydenckiego, którzy mieli brać udział w spisku. Część z nich już trafiła za kratki w Black Beach. Ale do jego mniej ekskluzywnej części.

Zdradzeni szukają teraz zemsty. "Będzie sporo niechęci wobec białego człowieka, który to wszystko zaplanował, a następnie zdradził niczym lord" -komentował w rozmowie z brytyjskimi dziennikarzami jeden z lokalnych obserwatorów procesu. "Na jego miejscu teraz oglądałbym się za siebie" - dodawał.

Mann sypie jednak dalej. "Byłem menedżerem operacji, a nie jej architektem" - przekonuje. Z zeznań wynika, że za zamachem stały Pretoria i Madryt, które chciały umieścić w Malabo marionetkowy rząd na czele z przebywającym dziś w stolicy Hiszpanii Severo Moto (do Malabo miał go przetransportować Mark Thatcher). Za powrót do polityki Severo miał się odwdzięczyć udostępnieniem zagranicznym inwestorom ropy i gazu. A neutralność wobec zamachu gwarantował podobno sam Waszyngton. "To była niemal oficjalna operacja, zarówno rząd Hiszpanii, jak i RPA dały nam zielone światło. Ich udział był oczywiście ściśle tajny i nigdy się do niego nie przyznają" - przekonuje Mann.

Romantyk i poszukiwacz przygód za te słowa, rower w celi i obiady z Paraiso raz na zawsze utracił szacunek kumpli po fachu. Zagrożone jest również jego życie. To cena za złamanie kodeksu psów wojny.