Demokraci nie stanowią bowiem monolitu, a Obama, by przeforsować swoje projekty, będzie prawdopodobnie musiał szukać też poparcia bardzo niechętnej mu republikańskiej opozycji.

Partia Demokratyczna dysponować będzie podczas nowej kadencji wygodną, choć niemiażdżącą przewagą około 81 głosów w Izbie Reprezentantów i 17 w Senacie (nie wszystkie elekcje są już rozstrzygnięte). Jednak mimo zwycięstwa partii uważanej za lewicową, wbrew pozorom pośród demokratycznej większości wcale nie dominują liberałowie. Wielu nowych deputowanych wywodzi się z tradycyjnie republikańskich okręgów. Jedną czwartą klubu - około 60 miejsc - zajmują konserwatywni kongresmeni, którzy sami siebie określają mianem "niebieskich psów".

To najbardziej umiarkowane skrzydło partii, niechętne zwiększaniu wydatków z budżetu, które planuje nowy prezydent. "Niebieskie psy" w kwestiach obyczajowych zajmują stanowisko bliższe zwolennikom George’a Busha: są przeciw aborcji, za utrzymaniem prawa do posiadania broni, niektórzy otwarcie opowiadają się za obostrzeniem ustaw imigracyjnych. "Zwycięstwo Demokratów otworzyło Obamie tyle samo nowych możliwości, ile problemów. Nie wszyscy demokratyczni kongresmeni są tak progresywni jak on. Część będzie starała się nadać partii mniej liberalny kierunek, pociągnąć ugrupowanie w inną stronę niż prezydent" - mówi DZIENNIKOWI Evan Cornog, ekspert Uniwerstetu Columbia.

O ile w obliczu kryzysu nowemu prezydentowi będzie łatwiej o konsensus w sprawach ekonomicznych, o tyle realizacja takich kluczowych obietnic wyborczych Obamy jak: reforma systemu opieki zdrowotnej, zaostrzenie prawa do posiadania broni czy ostateczne zalegalizowanie statusu prawnego około 20 mln nielegalnych imigrantów, może już napotkać spore trudności. Kością niezgody może być również sprawa wycofania amerykańskich wojsk z Iraku. Większość nowych demokratycznych kongresmenów pochodzi z konserwatywnych okręgów popierających interwencję nad Eufratem i Tygrysem. Wątpliwe więc, by wbrew swym wyborcom poparli szybki odwrót z Iraku.

Dlatego eksperci wskazują, że drogą do sukcesu przyszłej administracji Baracka Obamy może być podjęcie dialogu z bardziej umiarkowanym skrzydłem GOP. "Obama nie może oprzeć się tylko na lewicy, potrzebuje ludzi z różnych stron politycznego spektrum, jeśli poważnie myśli o przepchnięciu swego programu przez Kongres" - mówi DZIENNIKOWI politolog James Farell z uniwersytetu w New Hampshire.

Nawiązanie dialogu z konserwatystami nie będzie jednak łatwe. W wyborach do Izby Reprezentantów z kretesem przepadli umiarkowani republikanie i coraz głośniej słychać głosy o potrzebie zwarcia szeregów i zgrupowania się wokół twardych prawicowych pozycji. "Potrzebujemy konserwatywnych liderów, którzy zrobią, co tylko w ich mocy, by zatrzymać socjalistyczne zakusy prezydenta Obamy i Demokratów na naszą wolność" - grzmiał np. republikański senator Jim DeMint z południowej Karoliny. "Republikanie w Senacie doznali we wtorek wielkich strat, ponieważ w ciągu ostatnich dwóch lat oddalili się od konserwatywnych pryncypiów" - dodał.