Nie byłoby nic dziwnego, gdyby chodziło o "Newsweeka" czy "Time’a". Ale jest też na jedynce "Vanity Fair", "GQ", "Men’s Vogue", piśmie dla pakerów "Men’s Health", a nawet w gejowskim "The Advocate". W historii Ameryki był na dobrą sprawę jeden popkulturowy prezydent - John Fitzgerald Kennedy. Teraz jest drugi. Jeżeli ktokolwiek chciałby policzyć gadżety związane z Barackiem Obamą, pewnie wciąż by liczył; zapamiętać wszystkich hiphopowych kawałków na jego temat się nie da. Ameryka nie ma prezydenta-elekta, ona ma supergwiazdę superprzedstawienia.

Shepard Fairey, 38-letni graficiarz z Los Angeles, udaje, że nie lubi tego tematu. "Ten poster ma więcej wspólnego z Obamą niż ze mną" - tłumaczy w wywiadzie telewizyjnym, ale gdy przychodzi co do czego, wreszcie pęka. "Spotkałem Baracka i powiedział, że kocha ten rysunek" - mówi. Telewizja CBS komentuje to krótko: wycieniowanej postaci Baracka Obamy nie zna chyba tylko ten, kto ostatnie dni spędził "gdzieś w Albanii odcięty od internetu". To plakat, który jako pierwszy uczynił Obamę ikoną pop kultury. A Faireya jednym z popkulturowych bohaterów kampanii. Zaczął od sprzedania 350 plakatów. Do dziś rozprowadził ich przez internet ponad 400 tys.. W zasadzie, do końca życia nie musi nic robić. Ponieważ wciąż zamalowuje mury swoimi grafitti i raz po raz dostaje się w ręce policji, stać go na każdą kaucję.

W czasie gdy udziela wywiadu, w radiu leci kawałek "History". Jay-Z, jedna z legend hip-hopu, stworzył go specjalnie dla Obamy i wypuścił natychmiast po jego zwycięstwie. A to tylko jedna z piosenek o nowym prezydencie. Gdy kawałek Jaya-Z nadawała w środę nowojorska rozgłośnia Hot 97, raper Busta Rhymes (we wtorek głosował po raz pierwszy w życiu) miał już gotową adaptację swojego kawałka "Pop champagn", tym razem jako "Pop Champagne for Barack’s Campaign". "To all people in the street that always bang this in their truck / We celebrating this Barack win/ Put your hands up" - rapuje. Dodaje na końcu: "no disrespect to McCain or Palin". W internecie można ściągnąć kilkanaście podobnych kawałków. Czarni wykonawcy przeżywają fascynację, jakiej nigdy nie dostarczył im nikt. A Obama dostaje bezwarunkowe poparcie ze środowiska, które dotychczas pluło na polityków.

Ale w oklejonym plakatami Chicago czy Nowym Jorku, Obamę można znaleźć nie tylko w radiu i nie tylko w środowiskach artystów. On jest wszędzie. Popyt na każdy produkt z wizerunkiem lub choćby nazwiskiem czarnego prezydenta-elekta jest niewyobrażalny. W środę szybko zabrakło głównych gazet, więc dzień później już są. Dodrukowane, legalnie - nielegalnie, nikt nie pyta. Po trzy dolary? Nie ma problemu. Można kupić nawet jedynkę "Chicago Tribune" ogłaszającą zwycięstwo Mulata. Na kredowym papierze. Byle mieć pamiątkę. "Wezmę 25 egzemplarzy" - mówi nam młoda biała menedżerka. Ma na imię Martha, pracuje w jednym z finansowych gigantów. Gazety bierze: "dla rodziców, przyjaciółki, siostry i narzeczonego". Oraz dla dzieci. Których jeszcze nie ma. "Przecież tu się dzieje historia" - przekonuje. Wariactwo? To co powiedzieć o zakładzie fryzjerskim na Hyde Parku. Jego właściciel 45-letni ciemnoskóry Zariff opowiada, że Obama jest jego stałym klientem. Zresztą nic nie musi mówić. Salon na South Blackstone Avenue już jest miejscem pielgrzymek. "Codziennie przychodzi tu ze 20 facetów, że niby chcą wyglądać jak on. Człowieku, żeby to byli czarni, tu przychodzą nawet biali blondyni i zamawiają sobie trwałą" - mówi.

Bo Amerykanie w ciągu kilkudziesięciu godzin zatracili cały swój dystans. Przed wyborami wyglądali na merytorycznych wyborców domagających się konkretów. Teraz eksplodowali. Jak Kelly Jacobs z Mississippi (stan głosował na McCaina, ona nie), która przypomina jeden wielki plakat Obamy. Od napisów "yes, we can", "change we need", i "audacity of hope" na jej prostej sukience można dostać oczopląsu. Ale najbardziej jest dumna z tego, co sama zrobiła: z pluszowej lalki Pana Iniemamocnego przerobionej na Obamę. "Uwielbiam Baracka, mam wszystkie gadżety, jakie się ukazały z jego podobizną" - mówi. Przesada - nie może mieć wszystkich. A jak się ma do tego prawdziwy Obama? Pośpiesznie budujący ekipę do Białego Domu i przechodzący przez żmudny okres tranzycji władzy. Republikanie zgrzytają zębami. Już wcześniej mówili, że McCaina nie pokonał polityk, tylko jego fałszywa otoczka. "To najbardziej teflonowy kandydat, jaki się Ameryce przytrafił. Jest symbolem wyobraźni i niczym więcej" - mówi republikański strateg Roger Stone.

Zwolennicy i przyjaciele Obamy bronią go jak twierdzy. "Barack ma łeb na karku. Zarzuca się mu, że to co ma do zaproponowania to frazesy i szczery uśmiech, a to nie jest sprawiedliwe. On jest sprytny - wie jak działają media i po prostu to wykorzystał. Polityka to jedno, a legenda to drugie" - ocenia w rozmowie z nami Jerry Kellman, przyjaciel Obamy i człowiek, który dał mu pierwszą w życiu pracę organizatora afroamerykańskiej wspólnoty w chicagowskim South Side. Ale łeb na karku ma nie tylko Barack Obama. Wszystko wskazuje, że ci, którzy zrobili z niego ikonę - również. Shepard Fairey już podpisał pierwszy powyborczy kontrakt reklamowy - ma promować jedną z marek win. A o plakacie, który da mu nieśmiertelność, też nie zapomniał. Ten z napisem "Hope" - "Nadzieja", jest już passe. Kolejny ma napis "Victory" - "Zwycięstwo". Obama tym razem się na nim uśmiecha.