Ahmad ciągnie mnie za rękaw. Prawy, lewy. Nie odejdzie, póki nie dostanie paru afgani. Ma pięć, może sześć lat. Żaden z niego talib, a afgański rząd wydał mu wojnę. Zdelegalizował żebranie i kazał policji dowozić takich jak on do sierocińców lub domów opieki. Równie dobrze można nakazać słońcu, by nie świeciło.

"Żadna osoba, kobieta lub mężczyzna, nie powinni żebrać ani wykorzystywać do tego celu innych" - napisała w oficjalnym oświadczeniu kancelaria Karzaja. Afgański wiceminister pracy Golam Gaws Bashiry przekonuje, że w wielu przypadkach żebractwo jest po prostu lukratywnym biznesem, z którym należy jak najszybciej skończyć.

"Nie wszyscy, których uznajemy za żebraków, są nimi w rzeczywistości. Przy niektórych znajdowano nawet tysiąc dolarów" - przekonuje Bashiry. Pracownicy organizacji pomocowych są przekonani, że plan rządu jest skazany na porażkę. Afganistan po prostu nie będzie w stanie poradzić sobie z opieką nad ludźmi, których MSW będzie "zbierało" z ulicy.

Afganistan nie ma gdzie pomieścić żebraków. Są ich setki tysięcy. Na ulicy żyją kilkuletnie dzieci, matki z noworodkami, kaleki wojenne, starcy. Całe rodziny. Afgańskie miasta zmieniły się w wysypisko ludzkich wyrzutków. Bez dokumentów, nazwiska. Stali się nimi nie z własnej winy. Ofiary wojen, suszy, deportacji. 30 lat nieprzerwanego chaosu wyprodukowało tę masę ludzkiej nędzy.

Mazar-e-Szarif, Herat, Kabul. Oazy żebractwa. Gdzie indziej też są uliczni nędzarze, ale tylko w największych i najbogatszych miastach mają szanse utrzymać się z datków na powierzchni życia. Poza nimi ludzie są zbyt biedni, by się z nimi dzielić. Każde z nich wytworzyło własny styl.

Zdaniem afgańskiego rządu żebracy stali się jednak zbyt atrakcyjną pożywką dla przestępczości, dopuszczają się aspołecznych zachowań, które hańbią Afganistan. Właśnie dlatego zdecydowano o delegalizacji żebractwa - przekonują władze w Kabulu.

Jutro w DZIENNIKU reportaż o delegalizacji żebractwa w Afganistanie.