W podjęciu odpowiednich decyzji "pomagała" chłopom bezpieka, której narzędziem był terror.

Na początku lat 30. w efekcie polityki Stalina dochodzi do załamania rolnictwa na Ukrainie. Miejscowi chłopi celowo bojkotują decyzje Moskwy. Moskwa w odpowiedzi wzmacnia terror. Bronią sowietów staje się niszczenie gospodarstw i zbiorów. Terror dotyka również inne tereny ZSRR. Na północnym Kaukazie władze zbrojnie spacyfikowały protesty, wysyłając na zbuntowane rejony oddziały bezpieki i armii czerwonej. W tym samym czasie zamożne chłopstwo na Ukrainie w obawie przed konfiskatą masowo zażynało zwierzynę i rezygnowało z prac polowych. Pojawienie się głodu było tylko kwestią czasu.

Według historyków w szczytowym okresie Wielkiego Głodu dziennie umierało nawet 25 tysięcy ludzi - większość z nich we wschodniej i środkowej Ukrainie. Powszechny stał się kanibalizm. W sierpniu 1932 roku sytuacja była tak zła, że Stalin wydał tzw. dekret pięciu kłosów ("O ochronie mienia przedsiębiorstw państwowych, kołchozów, spółdzielni oraz wzmocnieniu własności społecznej") - za zerwanie z kontrolowanego przez państwo pola kołchozowego nawet niewielkiej ilości zboża groziła kara śmierci lub dziesięciu lat łagru.

Oprócz kanibalizmu pojawiło się nowe zjawisko - migracji głodowych, czyli ucieczki chłopów ze wsi do miast. Właśnie one doprowadziły do wprowadzenia przez władze sowieckie paszportów wewnętrznych (de facto dowodów osobistych, które funkcjonowały do połowy lat 70.). Bez nich nie można było się ruszyć się poza miejsce zamieszkania. A chłopi siłą rzeczy paszportów nie otrzymywali.

Ci, którym udało się zbiec do miasta na czarnym rynku za złoto lub srebro - na tzw. torgsinach - kupowali jedzenie. Gdy kosztowności się kończyły, uciekinierzy umierali na ulicach. Kijów, Charków, Humań, Połtawa - miasta pełne były ciał, o które nikt się nie upominał.

Według różnych szacunków, Wielki Głód spowodował śmierć co najmniej od 6 do 7 milionów ludzi (niektóre szacunki podają liczbę nawet 10 - 15 milionów). Ofiary były również poza Ukrainą - na Kubaniu, w Kazachstanie. Kijowska gazeta "Deń" podaje, że wśród ofiar głodu było również 21 tysięcy Polaków.

W intencji ofiar kolektywizacji w 75. rocznicę tragedii Ukraińców 23 listopada zostanie odprawiona Msza św. z Panachydą w soborze prawosławnym pw Św. Marii Magdaleny na Pradze (al. Solidarności 52), godz. 10.00, Msza św. w kościele św. Marcina przy ul. Piwnej, godz. 11.00., Msza św. z Panachydą w greckokatolickiej cerkwi OO. Bazylianów pw Zaśnięcia Najświętszej Bogurodzicy przy ul. Miodowej 16, godz. 11.00.

p

Opowieści o Wielkim Głodzie

Nikita Kliment (ur. 1917, okolice Połtawy)
Zabierali nam wszystko, co nadawało się do jedzenia. Nawet suszone jabłka i wiśnie. W mojej wiosce w 1933 zmarła połowa ludzi. Za sowietów nie wolno było dbać o groby. Zresztą ciężko to nazwać grobami. W naszej miejscowości w końcu już nie było komu chować trupów, ludzie nie mieli sił, żeby kopać rowy. Ciała zrzucano do studni. Zimą ciała układano w piramidy, żeby na wiosnę je zasypać cienką warstwą ziemi. Z każdej wsi wybierano dwóch mężczyzn, którzy dostawali jeść. Chodzili tacy po wsi z wozem i ładowali na niego trupy widłami. Czasem jeszcze żyli. "I tak zaraz będzie sztywny" - mówili.

Marija Muraszkowa (ur. 1925, okolice Ługańska)
Kończyłam druga klasę szkoły. W kwietniu to jakoś było. Żadne z rodziców nie tłumaczyło mi, co się w życiu dzieje. Widziałam tylko, jak jacyś obcy mężczyźni zabierali wszystko co się dało z naszego podwórka. Wszystko, czego dzięki ciężkiej pracy dorobił się mój dziadek. Zabrali wszystkie sprzęty, a z chlewów bydło: konia, krowę, świnie, owce. Podwórko stało puste. A ojca jeszcze aresztowali. Za to, że kułak. Zabrali do więzienia w Swatowo. Zostaliśmy z mamusią. Pięcioro nas miała. Ja byłam najstarsza. Po tym wszystkim zaczęli przyłazić komsomolcy, partyjni, aktywiści - szukali schowanego ziarna. Wdrapywali się na strych, myszkowali po stodole, schodzili do piwnicy. Dwumetrowy kij wtykali w słomę, rozrzucili wszystko po podwórku. Potem wypędzili nas z domu. Najpierw umarły najmniejsze dzieci. Potem Wania. I Dunia. Leżała martwa - skóra i kości, przyschnięta do kręgosłupa. Ojciec zmarł w więzieniu. Mama w szpitalu. Zostałam tylko ja.

Anna Krawczenko (ur. 1904)
Szwagier, młodszy brat męża, w Biełowodsku służył w milicji. Zdarzało się, przyjdzie w błyszczącym skórzanym płaszczu, wypucowanych oficerkach, a w zawiniątku przynosił grube pajdy chleba, cukier w kostkach i wędzoną kiełbasę. Teściowa się cieszyła: "Synku ty mój. W czepku urodzony - w takich strasznych czasach, tak elegancko ubrany i takie przysmaki przynosisz". Jak dziś pamiętam, kiedyś nad ranem ktoś zaczął walić w okno. Na palcach podeszliśmy do drzwi i zapytaliśmy: "Kto tam?" "To ja Siemion. Otwórzcie." Nie poznałam szwagra. Miał na sobie jakieś szmaty. "Co się stało?" - pytam. "Ograbili? Napadli" "Nie. Co innego. Nalejcie siwuchy, jak jest i schowajcie mnie gdzieś...". Dwa tygodnie przesiedział pod ziemią w jamie na kartofle. Nie pił, nie jadł, nic nie mówił. Potem zmarł. Nikt go w końcu nie szukał. Niedługo potem przyszedł jego towarzysz i opowiedział, co sie stało.

Głód to kara Boska. Ludzie zaczęli jeść ludzi. Dali więc milicji rozkaz, żeby zapobiegała kanibalizmowi. Ci, którzy sie tym zajmowali, gotowali mięso w nocy. Milicja przyjeżdżała więc do wioski wieczorem, wspinała się na wzgórze i obserwowała. Jak widzieli z jakiegoś komina dym, to od razu tam biegli. Od gotowania ludzkiego mięsa smród straszny i wszystko buchało przez kominy, bo ludzie na piecach gotowali. Tak samo było i tym razem. Przyjechali do wioski, co jest na trakcie z Biełowodska do Markowki. Patrzą, z komina chaty na skraju wsi idzie dym. Dowódca posłał tam Siemiona z towarzyszami.

Wchodzą na podwórko... Drzwi do domu otwarte i słychać jakiś dziwny odgłos. Przeszli przez próg. Fetor, bryzgi krwi. Na klepisku leżą trzy trupy, a na stole miga malutki płomyk świeczki. Między ciałami turla się kudłata, zakrwawiona kobieta. Wzrok ma wściekły. W dłoni ściska nóż. Popatrzyła na tych, co weszli i mówi: "Jezu, jak dobrze, że przyszliście, pomożecie mi wyciąć wątróbkę. Bo coś mi nie idzie - nóż mam tępy. Jutro ludzie na stypę się zejdą, a ja nie mam co do jedzenia podać". Chciała coś jeszcze dodać, ale się poślizgnęła i runęła w kałużę. Zapalili dużą świecę, podeszli do pieca. Na nim też czerwone smugi. Wyciągnęli z paleniska wielki gar, a tam całe dziecko i noga i ręka dorosłego. Siemion stracił przytomność. Nad ranem na jego pryczy leżał tylko mundur. Sam Siemion zniknął.

Jan Karsz-Siedlewski, kierownik Konsulatu Generalnego RP w Charkowie, relacja z 17 III 1933 r.
Głód wzrasta na Ukrainie z dniem każdym. Mam zupełnie pewne wiadomości o fatalnych warunkach aprowizacyjnych na Dnieprostroju i w okolicznych ośrodkach przemysłowych, gdzie już kubeł obierzyn kartoflanych sprzedaje się po 10 rubli. Otrzymałem również wiadomość, którą uważam za prawdziwą, że stróża kolejowego przy stacji Pieczanowska, rejon Lubarski, okręgu Berdyczowskiego, przyłapano w dn. 21 II r.b. na ludożerstwie. Wydała go własna żona, którą terroryzował, każąc jej gotować obiady z mięsa zabijanych ludzi, których ściągał do swego domu pod pretekstem udzielenia noclegu. Podobno ma on sporo osób na sumieniu, tak że nawet mięso ich niejednokrotnie sprzedawał.

Iwan Artiuszenko, ur. 1922, okolice Czerkasów
Nasz kołchoz miał imię Jeżowa. Aktywistów mieliśmy wściekłych: wszystko zabierali. A jak zaganiali ludzi do kołchozów! Naprzeciwko naszej chaty mieszkał wujek Gierasim. Mądry był człowiek. Jego żona był moja chrzestną. Przyszli do nich, żeby zapisać do kołchozu. Chrzestna się zapisała, wujek - nie. Po kilku dniach ona poszła do pracy. Do chaty podjechało kilku jeźdźców. Wywlekli Gierasima z chaty i zaczęli go smagać nahajkami. Kiedy mdlał, to wylewali mu na głowę wiadro zimnej wody. Skończyli chyba po godzinie. Wujek ocknął się dopiero pod wieczór i na czworakach dowlókł się do chaty. Już się ściemniało, kiedy przyszła do nas chrzestna i płacząc, mówi: Gierasim zamknął się w domu i nie otwiera. Mój ojciec poszedł z nią i wyważył drzwi. Wujek zastygł z bólu. Już nie żył. Jak się okazało, to był dopiero początek. Plony w tym roku były obfite. Kołchozowe spichlerze pękały w szwach. A ludzie w domach nie mieli co do pieca włożyć. Nie dawali nawet garści. Bywało, że ktoś się zakradł pod taki spichlerz, dziurę jakoś zrobił i parę ziarenek uszczknął. Jeśli wpadł, to nikt go już więcej nie widział. Z Sołowek (Wyspy Sołowieckie, na które zsyłano katorżników - red.) nikt nie wrócił.