Dla Europy zapowiedź Klausa oznacza tylko jedno: traktatu nie uda się przeforsować tylnymi drzwiami, czyli inaczej niż poprzez kolejne referendum w Irlandii. Pewne jest również, że Lizbona nie wejdzie w życie przed czerwcowymi wyborami do Parlamentu Europejskiego.

"Nie mam powodów, by być kolejnym Europejczykiem, który zmusza do czegoś Irlandię. Dopiero po tym (po ratyfikacji Lizbony przez Dublin - red.) przyjdzie kolej na prezydencki podpis. Po prostu nie będzie żadnej zmiany, dopóki swojej pozycji nie zmieni Irlandia" - mówił Vaclav Klaus jeszcze przed rozpoczęciem obrad czeskiego trybunału konstytucyjnego. Prezydent po raz kolejny powtórzył również, co myśli o traktacie. Jego zdaniem "tragicznie ogranicza on suwerenność narodową".

"Decyzja Klausa oznacza, że przyjdzie nam czekać jeszcze co najmniej rok do zakończenia ratyfikacji i nie ma szans na przyśpieszenie tego procesu" - mówi DZIENNIKOWI szef paryskiego biura European Council on Foreign Relations Thomas Klau. "Wcześniej pojawiały się plany uchwalenia przepisów tak, by weszły w życie przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Specjalne przywileje: własny komisarz, wyłączenie ze wspólnej polityki obronnej i zagranicznej, miały przekonać Irlandię do przyjęcia traktatu bez referendum. One ostatecznie upadły. Teraz Klaus postawił kropkę nad i" - komentuje Klau.

Ponowne głosowanie na Zielonej Wyspie jest niemal przesądzone. Pewni są go przynajmniej unijni liderzy. "Liczymy na to, że przyjęcie traktatu nie opóźni się bardzo, dlatego już pracujemy z Irlandczykami nad planem nowego referendum, które będzie ustalone na koniec 2009 r." - mówił francuski prezydent Nikolas Sarkozy po poniedziałkowym spotkaniu z kanclerz Niemiec Angelą Merkel. Nieoficjalnie mówi się, że irlandzki premier Brian Cowen na grudniowym szczycie Unii ma zapowiedzieć termin referendum na październik przyszłego roku.

"Choć nie można być jeszcze pewnym wyniku ewentualnego referendum, ostatnie sondaże rokują duże nadzieje" - przewiduje Thomas Klau. Według listopadowych badań dziennika "Irish Times" za Lizboną chce głosować 52,5 proc. Irlandczyków (w czasie referendum było to tylko 46,6 proc.). Nikt nie ma wątpliwości, że do zmiany nastrojów w społeczeństwie przyczynił się kryzys gospodarczy, którego jedną z pierwszych ofiar stała się właśnie Zielona Wyspa. W ciągu roku bezrobocie wzrosło do poziomu najwyższego od dekady i wynosi ponad 6,7 proc., a wzrost gospodarczy z jednego z najwyższych w Europie wyhamował do zaledwie 2 proc.

Jednak nawet jeśli Irlandczycy zdecydują się głosować ponownie w przyszłym roku, to los europejskiego traktatu nie jest pewny. "Jeśli nie uda się zamknąć procesu ratyfikacji przed prawdopodobną zmianą władzy w Wielkiej Brytanii, Europę mogą czekać kolejne przepychanki" - ostrzega Klau, przypominając, że ewentualny konserwatywny rząd w Londynie podejmie próbę zorganizowania referendum w tej sprawie. "Miejmy nadzieję, że rząd w Irlandii i unijni przywódcy zrobią wszystko, by zdążyć z ratyfikacją przed odejściem laburzystów z Downing Street" - podsumowuje.