Milicja brutalnie rozpędziła opozycję
Dziesiątki zatrzymanych manifestantów po brutalnej akcji milicji - tak zakończył się niedzielny protest zwolenników rosyjskiej opozycji w Moskwie. Wszystko to zaledwie dzień po oficjalnym założeniu ruchu "Solidarność", który nazwą i celami ma nawiązywać do legendarnego polskiego związku zawodowego.
- Europa nie potrafi wykorzystać słabości Kremla
- Moskwa boi się buntu Rosjan
- Żądają dymisji Władimira Putina
- Rosja gra Amerykanom na nosie
- Rewolucja ogarnie Rosję. Armia bliska buntu
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-29

temp. min 4°C max. 24°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Milicjanci, których od rana przywożono do stolicy Rosji, byli wyjątkowo brutalni. Świadkowie mówili o ludziach ciągniętych za włosy po asfalcie, kopanych, wrzucanych za nogi i ręce do specjalnie podstawionych ciężarówek. Funkcjonariusze nie pozwolili nawet rozpocząć marszu zwolennikom Innej Rosji, koalicyjnego ugrupowania Garriego Kasparowa i lidera narodowych bolszewików Eduarda Limonowa. Natychmiast zaczęły się zatrzymania.
Do komisariatu trafił m.in. Limonow, przywódca ruchu My Roman Dobrochotow oraz kilkudziesięciu demonstrantów. Do zatrzymań doszło także w Sankt Petersburgu. "Niedzielne wydarzenia świadczą o tym, że władza stała się wyjątkowo nieelastyczna. Obawiam się, że któregoś dnia na ulicy w końcu poleje się krew" - mówi nam obrońca praw człowieka Lew Ponomariow.
Według szacunków dziennikarzy "Echa Moskwy", w manifestacji wzięło udział około pięciuset zwolenników opozycji. Protest był nielegalny, bo władze nie wyraziły na niego zgody. "Wychodzenie na ulicę w sytuacji zagrożenia pobiciem lub aresztem nie jest zbyt atrakcyjne" - mówił w czwartkowej rozmowie z DZIENNIKIEM Garri Kasparow, zdając sobie sprawę, że protest nie przyciągnie tłumów. "Jednakże tego typu akcje dają władzy szansę zrozumieć, że kurs trzeba zmienić" - dodawał.
Tymczasem władza robi, co może, aby spośród swoich przeciwników wyłonić umiarkowaną grupę koncesjonowanych polityków, a całej reszcie nadać miano radykałów i w ten sposób pozbawić resztek wpływu na społeczeństwo. 8 grudnia dawny przywódca Sojuszu Sił Prawicowych (SPS) Nikita Biełych został nominowany na gubernatora obwodu kirowskiego. Jak powiedział rosyjskiej "Gaziecie" jeden z urzędników kancelarii prezydenta Dmitrija Miedwiediewa, fotel szefa lokalnej administracji miał być dla Biełycha nagrodą za odejście z funkcji przewodniczącego SPS.
Co więcej, Kreml stara się zagospodarować prawą stronę sceny politycznej w podobny sposób, w jaki uczynił to z lewicą: stworzyć pseudoopozycyjne stronnictwo, które jednak nie będzie się zbytnio przeciwstawiać rządowi. Na lewicy od kilku lat istnieje umiarkowana Sprawiedliwa Rosja i radykalni komuniści. Po prawej stronie do niedawna była jedynie skrajna partia Władimira Żyrinowskiego. W listopadzie powstała centroprawicowa Słuszna Sprawa, która przyciągnęła część działaczy SPS. Dla reszty opozycji miejsce znajdzie się najwyżej na ulicznych manifestacjach z etykietką niebezpiecznych radykałów, z którymi - jak pokazał przykład niedzielnego "marszu niezadowolonych" - władza radzi sobie bez problemów.
Tym niemniej przeciwnicy obecnych władz nie rezygnują z walki o swój wizerunek. W sobotę w Chimkach pod Moskwą odbył się zjazd założycielski "Solidarności". "To ma być platforma porozumienia dla polityków, działaczy obywatelskich i zwykłych ludzi. Dlatego uznaliśmy, że nazwa najlepiej odda nasze cele" - mówi nam Lew Ponomariow, który obok Garriego Kasparowa i eksprzywódcy SPS Borysa Niemcowa jest najbardziej znaną twarzą nowej organizacji. Pomysłodawcy otwarcie odwołują się też do polskich doświadczeń z okresu walki z komunizmem. Do tych skojarzeń nawiązuje m.in. logo pisane solidarycą.
























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!