KLARA KLINGER: Jakie są cele Czech na rozpoczętą właśnie prezydencję w Unii Europejskiej?
MIROSLAV TOPOLANEK*:
Po konsultacjach z wszystkimi państwami członkowskimi UE oraz z przedstawicielami instytucji europejskich postanowiliśmy przekształcić motto naszej prezydencji w Unii „Europa bez barier (granic)” w hasło określające nasze unijne priorytety: "3E" - Ekonomia, Energetyka oraz Europa i świat. Wystarczy przyjrzeć się grudniowemu szczytowi Rady Unii Europejskiej i łatwo można się zorientować, że możemy do niego bezpośrednio i płynnie nawiązać. Plan ożywienia ekonomicznego udało się utrzymać w ramach zasad gospodarki rynkowej, a tymczasowe wsparcie ma być skierowane przede wszystkim ku małym i średnim przedsiębiorstwom oraz polegać na podwyższaniu konkurencyjności naszej gospodarki. Pakiet energetyczno-klimatyczny pozwala skupić się teraz na podwyższaniu bezpieczeństwa energetycznego. W tym również na poszukiwaniu nowych dróg dostaw surowców energetycznych. I wreszcie szczyt dał Czechom mandat do zacieśnienia Partnerstwa Wschodniego. W kontekście bezpieczeństwa energetycznego - dla nas niezwykle istotne są negocjacje z republikami kaukaskimi. Niezależnie od tego wszystkiego nie mam złudzeń: nasz program może podlegać zmianom. Jesteśmy przygotowani na to, żeby na bieżąco reagować na aktualny rozwój wydarzeń w Europie i na świecie.

Wspominał pan o Partnerstwie Wschodnim. Praga będzie wspierać polsko-szwedzką inicjatywę?
Tak. I to nie tylko z powodów geopolitycznych, ale również ze względów bezpieczeństwa energetycznego. Czechy są istotnie zainteresowane pogłębianiem wzajemnych stosunków Unii z państwami położonymi na wschód od jej granic. Chcemy pchnąć do przodu negocjacje akcesyjne z Chorwacją oraz przybliżyć Unii pozostałe kraje zachodnich Bałkanów. Ponadto mamy również zamiar zorganizować w Pradze szczyt z udziałem państw Kaukazu. Włącznie z Gruzją. Nie tylko popieramy inicjatywę Partnerstwa Wschodniego, ale jesteśmy gotowi nadać jej nowy wymiar.

Wymieniając priorytety czeskiej prezydencji, nie wspomniał pan o Lizbonie, która była najważniejsza dla Francuzów. Jak pan ocenia możliwość reanimacji traktatu lizbońskiego w czasie czeskiej prezydencji?
Czeski parlament wyrazi swoje stanowisko dotyczące traktatu lizbońskiego 3 lutego. Jednak jeżeli chodzi o moje osobiste stanowisko: traktat podpisałem i swojego podpisu nie zamierzam retuszować. Dla obu izb parlamentu jest istotne, że w punktach, które dotyczyły zapytania senatorów - Trybunał Konstytucyjny nie stwierdził niezgodności tego dokumentu z naszą ustawą zasadniczą i że proces ratyfikacyjny może postępować. Irlandia zamierza powtórzyć referendum do jesieni 2009 roku. A czeski prezydent ogłosił, że nie będzie ostatnim, który traktat lizboński podpisze. Uważam, że jego ratyfikacja nastąpi w Czechach jeszcze przed końcem naszej prezydencji.

Traktat lizboński stał się jednym z punktów spornych między Pragą a poprzednim przewodniczącym w UE - Francją rządzoną przez Nicolasa Sarkozy’ego. Jak będą układały się wasze relacje z Paryżem? Co, jeśli Sarkozy - jak dawał do zrozumienia - będzie chciał ingerować w wasze prace?
Z Nicolasem Sarkozym porozumieliśmy się jako przewodniczący Rady Unii Europejskiej i jako przyjaciele, że zależy nam na jak najbardziej płynnym przekazaniu obowiązków związanych z prezydencją. Jednocześnie zwrócimy baczną uwagę zarówno na interesy Unii, jak i na geopolityczne oraz historyczne predyspozycje naszych krajów. Dlatego Francja będzie nadal odgrywać ważną rolę w negocjacjach Unii Śródziemnomorskiej, podczas gdy Czechy pogłębią Partnerstwo Wschodnie, nadając mu nowy wymiar. Nie jest to nic, co nie byłoby w przeszłości praktykowane podczas przekazywania prezydencji. Nie jest to również nic, co moglibyśmy odebrać jako wtrącanie się czy niewłaściwe ingerowanie w nasze kompetencje. Jak próbowano to sugerować w niektórych artykułach w prasie.

Jednak różnice poglądów na to, jak powinna wyglądać Unia Europejska, mogą prowadzić do poważnych kłótni i to na bardzo wysokim szczeblu. Przykładem jest choćby spotkanie posłów Parlamentu Europejskiego z czeskim prezydentem Vaclavem Klausem.
Nie byłem bezpośrednio obecny na tym spotkaniu, ponieważ z przewodniczącymi frakcji Parlamentu Europejskiego spotkałem się dzień wcześniej. Jednak z opublikowanego i udostępnionego powszechnie zapisu spotkania nie wynika dla mnie nic zaskakującego. Znam krytyczne poglądy Vaclava Klausa na niektóre pomysły w Unii Europejskiej. Znam również argumenty unijnych entuzjastów. Jest oczywiste, że prezydent suwerennego państwa ma prawo wyrazić swoje poglądy. W związku z tą sprawą już przypominałem sławne zdanie Voltaire’a: "Nie zgadzam się z tym, co pan mówi, ale do śmierci będę bronił pańskiego prawa do tego, by mógł je pan wygłosić". O tej zasadzie demokracji powinni pamiętać przede wszystkim ideologicznie zaślepieni bojownicy.

Między pana rządem a prezydentem Klausem jest różnica zdań co do tego, jak powinna funkcjonować Unia Europejska. Czy ten spór nie będzie utrudniał przewodzenia pracom Unii Europejskiej?
Agendę prezydencji będzie realizował rząd. Właśnie gabinet ma do tego mandat. Natomiast prezydenta Vaclava Klausa znam na tyle długo, żeby być pewnym, że jest to profesjonalista, który potrafi poprowadzić każde spotkanie w Unii Europejskiej na jakimkolwiek szczeblu. Artykuły prasowe to jedna sprawa, a druga to konsensus w sprawach pryncypialnych. Takich jak na przykład nacisk na zachowanie czterech głównych fundamentów unijnej "27" - a więc wolnego przepływu towarów, kapitału, pracowników i usług. To jest właśnie powód, dla którego czołowi przedstawiciele instytucji europejskich oraz rządów krajów członkowskich wierzą w czeską prezydencję.

*Miroslav Topolanek: premier Czech