JĘDRZEJ BIELECKI: Takiego kryzysu gazowego jeszcze w Europie nie było. Trwa już ponad tydzień, połowa Unii nie ma dostaw. Co skłoniło Rosjan i Ukraińców do podjęcia aż tak twardej gry ?
Katinka Barysch*: Nie mam pojęcia i nikt go nie ma w Brukseli.

Jak to?
Od początku tego kryzysu i Moskwa, i Kijów robią wszystko, abyśmy nie wiedzieli, o co w tych negocjacjach naprawdę chodzi. Otrzymujemy oświadczenia Gazpromu, deklaracje premier Tymoszenko i prezydenta Juszczenko, ale tak naprawdę nic z nich nie wynika. Co natomiast jest bardzo niepokojące, to że walczą o coś, co ich zdaniem jest warte zapłacenia każdej ceny. Ukraińcy zgromadzili ogromne rezerwy i mogą jeszcze długo wytrzymać nie zważając na to, że ten kryzys stawia w niezwykle trudnej sytuacji najbardziej przychylne im kraje w Europie Środkowej. Z kolei Gazprom ryzykuje całkowite zniszczenie swojej reputacji jak również ogromne pieniądze. Bo przecież nie tylko nie otrzymuje zapłaty za ograniczenie dostaw, ale także będzie musiał zapłacić słone kary za złamanie zawartych kontraktów.

Może z perspektywy Rosjan wszystko warto zaryzykować aby ostatecznie podporządkować sobie Ukrainę i zatrzymać jej marsza na Zachód?
Takie wytłumaczenie nie ma sensu. Aby osiągnąć ten cel Rosjanom powinno zależeć na tym, aby Ukraińcy postrzegali przychylnie Moskwę. A ten kryzys raczej temu nie służy. Teoria, jakoby chcieli w ten sposób skompromitować prezydenta Juszczenkę też nie ma sensu. Bo przecież już przed gazowym konfliktem był on osobą bardzo niepopularną a Ukraina i bez kłopotów z gazem pogrążała się w głębokim kryzysie. Teraz Ukraińcy mogą za to wszystko zrzucić odpowiedzialność na Rosję.

Niektórzy twierdzą, że konflikt podsyca Julia Tymoszenko aby w decydującym momencie pojechać do Moskwy, zawrzeć korzystną umowę z Gazpromem i na fali tego sukcesu wygrać w przyszłym roku wybory prezydenckie.
To byłaby gigantyczna cena za takie wyborcze zwycięstwo, niezwykle ryzykowna strategia. Raczej jestem skłonna sądzić, że ten konflikt wymknął się spod kontroli i Rosji, i Ukrainy. Że tak naprawdę nikt nie chciał na Kremlu pozbawiać połowy Europy gazu, ale tak wyszło. Pamiętajmy, że to spór między dwoma, bardzo dumnymi a jednocześnie bardzo powiązanymi ze sobą narodami.

Rosja przekonuje, że należy przyspieszyć budowę gazpociągów pod Bałtykiem i Morzem Czarnym aby ominąć Ukrainę. Czy taki wniosek z tego kryzysu może wyciągnąć Unia?
Tak by się stało, jeśli rzeczywiście okazałoby się, że Ukraina kradła gaz i to spowodowało cały konflikt. Ale to mało prawdopodobne, choćby dlatego, że gazu przesyłanego na Zachód było niezwykle dużo. Jest też problem funduszy. Gazprom nie ma ich na budowę Nord Streamu, a w czasach kryzysu banki nie chcą kredytować tak ryzykownego projektu.

Czy Bruksela tym razem rzeczywiście zrobi coś dla dywersyfikacji źródeł zaopatrzenia czy też po paru tygodniach jak zwykle wszystko rozejdzie się po kościach?
Nie sądzę. Ten kryzys jest znacznie poważniejszy od poprzednich. Kiedy w 2006 roku Bruksela wyraziła swoje zaniepokojenie, Gazprom natychmiast wznowił swoje dostawy. Teraz tego nie zrobił. Jego propaganda, że jest wiarygodnym dostawcą, legła w gruzach. Spodziewam się, że Unia będzie teraz szukała dostaw gazu z tych krajów, z którymi do tej pory z powodów politycznych nie chciano współpracować. Jednym z nich jest Turkmenistan.

A jakie mogą być skutki obecnego kryzysu dla Ukrainy?
Do tej pory wiele krajów Unii uważało, że ukraińska klasa polityczna nie podoła gigantycznemu wyzwaniu, jakim jest przygotowanie kraju do integracji europejskiej. Teraz może to być opinia powszechna. Szanse na zbliżenie Ukrainy z Zachodem jeszcze nigdy nie były pod tak wielkim znakiem zapytania.

* Katinka Barysch, wicedyrektor londyńskiego Centre for European Reform