Trzy dni trwały moskiewskie rozmowy Ołeha Dubyny z przedstawicielami Gazpromu. "Trzydniowe rozmowy z Gazpromem zakończyły się niczym. Proponowana Ukrainie cena wynosi 450 dolarów. Takiej ceny nie ma praktycznie nigdzie w Europie" - podkreślił.

Początkowo Gazprom w nowej umowie z Ukrainą żądał podwyżki ze 180 dolarów za tysiąc metrów sześciennych 250 dolarów. Ale kiedy Kijów odpowiedział, że może zapłacić 201 dolarów, cena wzrosła do 450 dolarów. W dodatku Kijów chciał podwyżki ceny za tranzyt paliwa do Europy - z 1,6 do 2 dolarów za przesłanie tysiąca metrów sześciennych gazu na 100 km. Ale rosyjski gigant paliwowy odmówił.

>>>Putin mówi TAK. Teraz czas na Kijów

Inaczej tymczasem sytuacja wygląda w negocjacjach Unii Europejskiej z oboma zwaśnionymi stronami. Premierowi Czech Mirosławowi Topolankowi udało się uzyskać zgodę na powołanie wspólnej komisji, która na Ukrainie będzie monitorowała tranzyt. Dzięki temu rosyjski gaz wkrótce znów popłynie na Zachód.

Szef Naftohazu przynając się do porażki w rozmowach z Gazpromem dodał, że rozmowy na temat cen gazu i stawki za jego tranzyt przez Ukrainę do odbiorców w innych państwach europejskich powinny być kontynuowane "na wyższym szczeblu".

Rosyjski gaz na Ukrainę przestał płynąć 1 stycznia. Sześć dni potem Gazprom przerwał tranzyt gazu przez terytorium Ukrainy do innych krajów Europy. Uzasadnił to bezprawnym przejmowaniem surowca przez stronę ukraińską i wyłączeniem przez nią rurociągów, którymi transportowane było rosyjskie paliwo.

Ukraina zaprzeczyła, by kradła gaz przeznaczony dla innych odbiorców europejskich, a odpowiedzialnością za przerwanie tranzytu rosyjskiego paliwa obarczyła Gazprom.