"Cierpliwość Unii Europejskiej w sprawie gazowego konfliktu ukraińsko-rosyjskiego wyczerpała się" - mówił dziś premier Czech Mirek Topolanek, występując w imieniu całej UE. - "Dziś stanowisko zarówno Komisji Europejskiej, jak i czeskiego przewodnictwa jest ostrzejsze niż siedem dni temu" - dodawał.

Gniewu nie ukrywają też inni przedstawiciele Unii. "Gaz musi płynąć. Jeżeli to się nie stanie, będziemy musieli w przyszłym tygodniu przyjrzeć się punkt po punkcie stosunkom z Ukrainą i Rosją" - stwierdził na konferencji prasowej w Brukseli rzecznik Komisji Europejskiej, Johannes Laitenberger. Według niego, w sobotnich rozmowach między przedstawicielami obu skłóconych państw mają wziąć udział unijny komisarz ds. energii Andris Piebalgs oraz reprezentujący czeską prezydencję w UE minister przemysłu i handlu Martin Rziman.

Jeszcze w czwartek wieczorem ambasadorzy krajów członkowskich przy władzach UE we wspólnym oświadczeniu uznali, że przerwa w dostawach naraża wiarygodność Kijowa i Moskwy, co będzie mieć poważne konsekwencje. Zapowiadają oni, że w sprawie sporu gazowego wszyscy członkowie Unii mają zamiar "mówić jednym głosem". Według nich, udział Ukrainy w moskiewskich rozmowach jest zasadniczym warunkiem, który musi zostać spełniony, by do Rosji pojechali Piebalgs i Rziman.

Unia Europejska nie ma zamiaru wskazywać winnych w obecnym sporze. Jednak zaangażowała się w negocjacje, zwłaszcza po tym jak 7 stycznia ustały dostawy. Pośrednictwa UE oczekują zwłaszcza Ukraińcy. Jeszcze dzisiaj ukraińska premier Julia Tymoszenko rozmawiała z niemiecką kanclerz Angelą Merkel oraz premierami Polski i Słowacji, próbując uzgodnić wyjście z kryzysu. Zapewniła też rozmówców o tym, że dołoży wszelkich starań, by gaz popłynął jak najszybciej. Kanclerz Merkel zapewniła ją, że będzie w tej sprawie rozmawiać z rosyjskim premierem Władimirem Putinem.