Tymoszenko umówiła się na spotkanie Putinem przez telefon. O determinacji "pomarańczowej księżniczki" może świadczyć choćby to, że zadzwoniła do niego o północy i próbowała przekonać do swoich koncepcji uregulowania dostaw gazu dla Ukrainy oraz warunków jego tranzytu przez Ukrainę do państw Unii Europejskiej. Mimo późnej pory Władimir Putin nie dał się zaskoczyć i nie zgodził się na żadne ustępstwa.

>>>Putin: Gazociąg Północny, to jedyne wyjśćie

Po rozmowie ukraińska premier dodatkowo przesłała Putinowi telegram, w którym zagwarantowała, że rosyjski gaz, wtłoczony przez Rosjan do rurociągów na granicy z Ukrainą, będzie dostarczony odbiorcom europejskim. Zastrzegła przy tym, że 8 proc. tego surowca zostanie zużyte na potrzeby techniczne.

Tymoszenko zapewniła jednocześnie, że Ukraina zapłaci za podtrzymujący ciśnienie w gazociągach gaz techniczny, jak tylko zostaną podpisane kontrakty z cenami tego paliwa dla Kijowa w bieżącym roku.

Wbrew tym obietnicom Kijów po raz trzeci odmówił realizacji zlecenia Gazpromu na tranzyt gazu do państw Unii Europejskiej rurociągiem, który dostarcza paliwo do odbiorców w przemysłowych regionach Ukrainy. Spółka Naftohaz już trzeci dzień proponuje Rosjanom przesyłanie surowca inną magistralą i utrzymując, że spełnienie żądań Gazpromu oznaczałoby brak ciepła w domach i całkowity paraliż hut i zakładów chemicznych na wschodzie ich kraju.

Jak tłumaczył kilka dni temu szef Naftohazu Ołeh Dubina, odmowa realizacji zlecenia Gazpromu wynika z braku możliwości technicznych, które pozwoliłyby dostarczyć gaz odbiorcom europejskim trasą, którą chcą wykorzystać do tego celu Rosjanie.

Gdyby obecnie Ukraina zgodziła się spełnić żądania Gazpromu, bez gazu pozostałyby cztery obwody: doniecki, ługański, dniepropietrowski i odeski.

Rosyjski gaz miał popłynąć do Europy w poniedziałek, ale w końcu do tego nie doszło. Choć Gazprom najpierw ogłosił, że dostawy zostały wznowione, kilka godzin później informował o zastopowaniu tranzytu przez Ukraińców. Kijów broni się, że stawiane przez Rosję warunki tranzytu są formułowane tak, by nie dało się ich spełnić.

Unia Europejska "nie może dłużej akceptować nowej zwłoki i usprawiedliwień" we wznowieniu dostaw rosyjskiego gazu do Europy przez Ukrainę - uważa przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso. Przyrzeczenia Rosjan okazały się być obiecankami bez pokrycia, a obie strony wojny gazowej po raz kolejny obrzucają się oskarżeniami.

Najwyraźniej konflikt nie zostanie rozwiązany dopóki nie ustanowiona zostanie międzynarodowa misja obserwacyjna, której uczestnicy dopilnują, by gaz popłynął w końcu do Europy. Zgodnie z zapewnieniami Brukseli - i mimo sprzeciwu Moskwy - w misji tej ma się znaleźć również dwóch Polaków.

"Premier Rosji Władimir Putin potwierdził mi wprost, że jak tylko obserwatorzy będą na miejscu, gaz zacznie płynąć. Mam nadzieję, że ta obietnica zostanie dotrzymana. Nie możemy dłużej akceptować nowej zwłoki i usprawiedliwień" - oświadczył Barroso.

>>>Barroso grozi Ukrainie i Rosji sądem

Przez pewien czas wyglądało na to, że kryzys został rzeczywiście zakończony. "Wszystkie zainteresowane strony podpisały umowę, która pozwala wznowić dostawy rosyjskiego gazu do Europy przez Ukrainę" - potwierdził wiceprezes Gazpromu Aleksander Miedwiediew. "Dokument ostatecznie został podpisany" - dodał na konferencji w Brukseli.

W misji obserwatorskiej ma wziąć udział dwóch pracowników firmy Gaz-System. Dołączą do 22 obserwatorów delegowanych na Ukrainę przez Komisję Europejską. Pozostali członkowie ekspedycji to przedstawiciele firm gazowych z krajów UE oraz urzędników Komisji Europejskiej. Jej szefem jest Filip Cornelis z Dyrekcji Generalnej KE ds. transportu i energii.

>>>Czy Rosja rzeczywiście odkręci kurki?

Zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie panowało przekonanie, że rozwiązana została również sprawa porozumienia gazowego. Wcześniej Rosjanie zarzucali Ukraińcom, że bez ich wiedzy dopisali do porozumienia aneks i żądali ponownego podpisania dokumentu.

Wkrótce potem ukraiński MSZ prostował: "Strona ukraińska podpisała tekst dokumentu bez jakichkolwiek zmian, czy zastrzeżeń. Przy jego podpisaniu dodano deklarację, w której odnotowano polityczne stanowisko Ukrainy wobec tranzytu rosyjskiego gazu (...). Żadnych zmian, czy uzupełnień do tekstu (...) ukraińska deklaracja nie wnosiła. Co więcej, w (dodanej) deklaracji zaznaczono, że strona ukraińska nie wyraża żadnych wątpliwości co do procedur dotyczących powołania komisji ds.monitoringu tranzytu gazu" - napisano w oświadczeniu kijowskich dyplomatów.

Jeszcze w niedzielę wieczorem prezydent Dmitrij Miedwiediew polecił rosyjskiemu rządowi, aby nie realizował protokołu o monitoringu tranzytu gazu przez terytorium Ukrainy, dopóki strona ukraińska nie wycofa dołączonego do niego oświadczenia: i po kilku godzinach tak się stało.

>>> Dlaczego wybuchła ta wojna?

Scenariusz, w którym Europa pozostaje bez gazu w samym środku jednej z najmroźniejszych zim stał się znowu realny. Po raz pierwszy w historii rosyjsko-ukraińskich wojen gazowych znaczna część Europy została odcięta od rosyjskich dostaw. Rządy zaczęły sięgać do rezerw i gorączkowo próbowały wypracować plany awaryjne. Na razie jednak Rosja - która jak mantrę powtarza tezę o podkradaniu przez Ukraińców gazu - nie chce się zgodzić na obniżenie ceny surowca, a Kijów nie kwapi się, by tę cenę płacić. Stratna jest Unia Europejska, która najwyraźniej nie ma pomysłu na to, jak wybrnąć z patowej sytuacji.

>>> Co chce osiągnąć Rosja

Za to Ukraińcy nie mają złudzeń, co oznaczają narzucane im przez Moskwę warunki. "To jest dla nas upokarzające" - oświadczył prezydent Wiktor Juszczenko, który wolał, aby to jego polityczna rywalka Julia Tymoszenko podpisała się pod porozumieniem z Rosjanami. "Sednem protokołu, który zawieramy, jest podporządkowanie ukraińskiego systemu gazowego Gazpromowi" - przyznał wiceszef ukraińskiego MSZ Konstantyn Jenisejew.

Wejście w życie porozumienia, które Ukraińcy ostatecznie zgodzili się podpisać ponownie - bez żadnych dodatkowych warunków - nie oznacza jednak wznowienia dostaw surowca na Ukrainę. Trwające przez ostatnie trzy dni rozmowy na ten temat zakończyły się całkowitą porażką. "Rosjanie domagają się od nas 450 dol. za tysiąc metrów sześciennych gazu. To cena, której nie płaci nikt w Europie" - przyznał szef Naftohazu Ołeh Dubina. Zdaniem polskich źródeł dyplomatycznych Rosja będzie domagała się ustępstw politycznych od Kijowa w zamian za przywrócenie dostaw.

>>> Łukjanow: W tej wojnie karty rozdaje Kijów

Gazowy spór po raz pierwszy tak mocno dotknął państw trzecich. Do Turcji, Serbii i Macedonii błękitny surowiec z Rosji praktycznie nie dociera. Bułgaria na odcięciu gazu dziennie traci 250 milionów euro - zamykane są szkoły, kolejne zakłady wstrzymują produkcję. Dostawy wstrzymano też dla całkowicie uzależnionej od rosyjskiego gazu Słowacji, która ogłosiła nawet energetyczny stan wyjątkowy. U naszych południowych sąsiadów wstrzymano produkcję w kilku fabrykach, m.in. hucie US Steel w Koszycach i zakładzie Suzuki. To samo w Rumunii i Czechach. Węgrzy gwałtownie ograniczają zużycie surowca.

Kryzys sięga też coraz dalej na Zachód. Od gazu zza Uralu odcięta została Austria, która musiała błyskawicznie przestawić się na surowiec z rezerw. Poważne problemy odczuwają Niemcy. Z kolei Włochy będą bezpieczne jedynie do 26 stycznia. Potem zaczną się problemy. Włoski minister przemysłu Claudio Scajola uznał, że sytuacja ta dowodzi, że jedynie energia atomowa pozwoli w przyszłości uniknąć kłopotów.

A jeszcze na początku tego roku wydawało się, że wojna gazowa przejdzie bokiem, jak to bywało wiele razy wcześniej, gdy moskiewskie pogróżki i kijowskie wojownicze odpowiedzi miały jedynie symboliczne znaczenie, a oba kraje uzyskiwały w końcu kompromis bez narażania się na dyplomatyczne awantury i ogólnoeuropejski kryzys. Dla Rosji przykręcanie kurka było wygodną metodą temperowania rządu w Kijowie.

>>> Kryzys uderza w europejską gospodarkę

Tym razem jednak chodziło też o pieniądze: spadające poniżej 40 dolarów za baryłkę ceny ropy i dekoniunktura gospodarcza postawiły tegoroczny budżet Federacji Rosyjskiej pod znakiem zapytania. Rezerwy walutowe stopniały z 600 do 455 mld dolarów. Wobec tego jedynym pewnym źródłem dochodów, takim, na jakie Moskwa ma stuprocentowy wpływ pozostał gaz. Kreml uznał, że czas skończyć z ulgowymi taryfami dla kontrahentów z byłego ZSRR. "Gazprom musi szybko zarobić dla Rosji duże pieniądze i nie stać go na dobrą wolę polityczną" - powiedział nam rosyjski analityk Borys Dołgin. "Polityka nie gra już takiej roli. Moskwa musi spłacać kredyty, realizować inwestycje. Może gdyby Ukraińcy zachowywali się jak Białoruś, to Gazprom rozłożyłby dług. Ale Kijów nie jest już dla Kremla pewnym sojusznikiem, obowiązują go prawa rynku" - dodaje.

Naciski na urynkowienie cen gazu były stosowane już wcześniej - co najmniej od dwóch lat. Sami Ukraińcy od pewnego czasu doskonale zdawali sobie sprawę, że niebawem będą musieli płacić europejską stawkę. "Nie chodzi tylko o politykę, handel gazem to interes wart miliardy" - przyznaje anonimowo osoba do niedawna blisko związana z zarządem Naftohazu, który odpowiada za zapewnienie dostaw nad Dniepr. "Nie da się wiecznie przekonywać Zachodu, że Gazprom mści się za pomarańczową rewolucję" - mówi nasz rozmówca.

>>> Z inicjatywy Polski konfliktem gazowym zajmie się Grupa Wyszehradzka

Nikołaj Pietrow, politolog z moskiewskiego biura fundacji Carnegie, przekonuje jednak, że to nie koniec podszytych polityką nacisków na Kijów. "Kreml bierze odwet za zbyt samodzielną politykę Ukrainy" - twierdzi. Według niego, Gazprom może chcieć skorzystać z okazji i przejąć - za realne i domniemane długi - przejąć ukraińskie rurociągi z majątku bankrutującej spółki Naftohaz.

Dotąd, "w promocji", Moskwa proponowała Ukraińcom cenę 250 dolarów za tysiąc metrów sześciennych. Prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko zobowiązał jednak Naftohaz, by nie negocjował powyżej 201 dolarów. Kijów jest zdania, że gdy panuje kryzys, a zapotrzebowanie na surowce spada raczej niż rośnie, to i tak wyjątkowo hojna propozycja - zwłaszcza, że w zeszłym roku Ukraińcy płacili 178,5 dolara za tę samą objętość.