Jego najnowszym planem jest utworzenie ogólnoeuropejskiej partii Libertas, która - przynajmniej w założeniu - ma wygrać tegoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego. Ganley buduje właśnie polski oddział ugrupowania i szykuje się na bitwę o Strasburg.

Ganley, który - jak sam przekonuje - "bardzo szanuje i lubi" Polskę, w ubiegłym tygodniu przeprowadził rekonesans nad Wisłą. Wziął udział w kilku spotkaniach politycznych, wystąpił - mówiąc łamaną polszczyzną - na jednym wiecu, udzielił kilku wywiadów. "Chcemy dać Polakom szansę zagłosowania na silną, demokratyczną i odpowiedzialną Europę. Głos na kandydata Libertasu to <nie> dla traktatu lizbońskiego i <tak> dla Europy przejrzystej i bogatej" - mówił. W kręgu zainteresowań 40-letniego Declana są trzy prawicowe partie: Naprzód Polsko Janusza Dobrosza, Prawica RP Marka Jurka i Stronnictwo Piast Zdzisława Podkańskiego. Kim jest irlandzki biznesmen, którego ruch może stać się trampoliną dla nieco zapomnianych krajowych polityków?

Popiera mnie Sarkozy

Jako polityk wypłynął podczas kampanii referendalnej w Irlandii, kiedy zostały odrzucone postanowienia z Lizbony. "Na początku byłem przytłoczony gestami sympatii: ludzie gratulowali mi, poklepywali po plecach, posypały się zaproszenia z całej Europy, a różni politycy chcieli się ze mną spotykać i dyskutować" - mówi DZIENNIKOWI. Jednym z nich był Nicolas Sarkozy. Ganley przekonuje, że w prywatnej rozmowie francuski prezydent przyznał mu w wielu sprawach rację. Biznesmen nie potrafi jednak przekonująco uzasadnić faktu wydania własnych milionów euro na kampanię przeciw Lizbonie. Niechęć do biurokracji unijnej nie tłumaczy przecież wszystkiego. "Zacząłem czytać traktat jako biznesmen szukający w nim możliwości dla siebie, a skończyłem jako ojciec poważnie zaniepokojony o przyszłość swoich dzieci" - odpowiada patetycznie.

Rodzice Ganleya pod koniec lat 60. w poszukiwaniu pracy wyemigrowali z irlandzkiej prowincji do Londynu. Właśnie tam przyszedł na świat Declan, który do dziś oprócz irlandzkiego ma również brytyjskie obywatelstwo. Na początku lat 80. cała rodzina wróciła do ojczyzny i osiadła w rodzinnym miasteczku ojca, Glenamaddy. Ganley wspomina, że po powrocie czuł się wyobcowany. Zresztą nie tylko nieznajomość języka utrudniała odnalezienie się w starej ojczyźnie. Gdy jego koledzy grali w piłkę, on wolał pracować, a za zarobione pieniądze kupował... akcje na giełdzie. Zaraz po zdaniu matury opuścił Irlandię i znów wyjechał do Wielkiej Brytanii. Pracował m.in. na budowie w Londynie, był chłopcem na posyłki w firmie ubezpieczeniowej, jednak wiatr w żagle złapał wcale nie w ojczyźnie kapitalizmu, tylko w Europie Środkowej, która wówczas odradzała się po 50 latach komuny.

Właśnie środkowoeuropejski okres życia Ganleya wydaje się najbardziej tajemniczy. Wiadomo, że w latach 90. angażował się w różne interesy w krajach byłego bloku sowieckiego. Pierwsze duże pieniądze zarobił na handlu aluminium pochodzącym z upadającego Związku Sowieckiego. Przewoził je z Rosji na Łotwę, a stamtąd statkiem do Rotterdamu. Jak wspomina, Rosjanom płacił za tonę 30 dol., a w Holandii inkasował 10 razy więcej. Handlował też drewnem na Łotwie, miał telewizję kablową w Bułgarii i sieci satelitarne. Tym, którzy pamiętają, jak wyglądało robienie interesów w pierwszych latach po 1989 r., muszą nasuwać się podejrzenia o związki przedsiębiorcy z lokalnymi politykami. Irlandzcy dziennikarze zarzucali mu również układy z rosyjską mafią. Nikt jednak za rękę go nie złapał, a sam Ganley niechętnie wraca do tamtych czasów. Z uporem powtarza, że to "stare dzieje". Gdy już coś zacznie opowiadać, często koloryzuje albo kłamie. Kiedyś ujawnił, że zakładał prywatny bank na Łotwie. Miał też być doradcą ekonomicznym rządu w Rydze (w wieku 25 lat, bez studiów?). Obie opowieści okazały się mocno przesadzone.

Agent CIA?

Po epizodzie środkowoeuropejskim Ganley wrócił do Irlandii już jako milioner. Ustabilizował się, ożenił się z Amerykanką polskiego pochodzenia, z którą ma czwórkę dzieci. W 2006 r. jego majątek szacowano na ok. 300 mln euro. Dziś mieszka w wielkim domu w Galway, przed którym wywiesił irlandzką flagę. Do pracy dojeżdża rolls-royce’em, w pogotowiu czeka również prywatny helikopter. Po powrocie do ojczyzny zaangażował się w interesy z Amerykanami, zresztą i tym razem nie do końca przejrzyste. O jego podejrzanych kontaktach na styku biznesu, polityki i służb zrobiło się głośno jesienią ubiegłego roku. Grupa europosłów zarzuciła mu współpracę z CIA. Ich zdaniem Amerykanie posłużyli się Ganleyem, by obalić traktat lizboński, który zbyt mocno wzmacniał pozycję Europy. Co ciekawe, nie oskarżali go trzecioligowi deputowani. Wśród tych, którzy zarzucili Irlandczykowi chodzenie na pasku wywiadu, znaleźli się Daniel Cohn-Bendit i sam szef europarlamentu Hans-Gert Poettering. "W Waszyngtonie mogą pracować ludzie, którym nie zależy na naszej sile. Trzeba wyjaśnić te kwestie" - komentował w wywiadzie dla DZIENNIKA Poettering. W poszukiwaniu haków grupa unijnych posłów poleciała nawet do Waszyngtonu. Kongresmenami nie potwierdzili żadnej ze spiskowych teorii, Ganley tryumfował. "Dlaczego Ameryce miałoby zależeć na osłabieniu Europy? Żeby łożyć pieniądze na naszą obronę? Grupa europejskich klaunów zrobiła z siebie durniów za oceanem. W dodatku wydając na to pieniądze podatników!" - mówi DZIENNIKOWI i zapewnia, że ma już dość insynuacji o agenturalność, zastanawia się nad podaniem Cohn-Bendita i Poetteringa do sądu.

Pozer czy strateg?

Jednak oskarżenia, których wypiera się Ganley, mają podstawy. Biznesmen nie ukrywa swych proamerykańskich poglądów i licznych interesów po drugiej stronie Atlantyku. Ostatnie kilka lat dzielił między Zieloną Wyspę i Waszyngton, gdzie jako szef firmy Rivada Networks sprzedawał systemy telekomunikacyjne przydatne w przypadkach klęsk żywiołowych i zagrożeń terrorystycznych. Kontakty z przedstawicielami Pentagonu do dziś budzą wiele wątpliwości, jak choćby kontrakt na stworzenie sieci satelitarnej dla policji w Iraku. Firma Irlandczyka miała być jednym z udziałowców konsorcjum starającego się o przetarg. O sprawie napisał "Los Angeles Times", ale Ganley szybko tego się wyparł, a gazecie zagroził sądem. Ale sam otwarcie przyznaje, że jego firma zatrudnia wielu amerykańskich wojskowych (m.in. generała Dennisa McCarthy’ego - byłego dowódcę korpusu marines, czy byłego sekretarza ds. bezpieczeństwa publicznego Jamesa Loya). Dla ludzi znających mechanizm przyznawania kontraktów dla amerykańskich resortów siłowych jest jasne: bez ocierania się o służby specjalne nie ma mowy o zarabianiu pieniędzy w tej branży.

Marek Jurek, który najpewniej będzie współpracował z Ganleyem, broni biznesmena. "Poettering, atakując Ganleya, realizował linię polityczną swojej partii i kanclerz Angeli Merkel. Niemcy były przecież głównym autorem traktatu lizbońskiego. A Irlandia dzięki wielkiemu zaangażowaniu Libertas tę ukrytą za traktatem wizję Unii federalistycznej odrzuciła. Nie dziwię się więc, że za nim nie przepadają. By go wypchnąć na margines, sięgają po tak absurdalne argumenty, jak oskarżenie o współpracę z CIA" - uważa Jurek. "Jedną z największych zalet Declana Ganleya wydaje się jego zdolność mobilizacji ludzi. To, czego dokonał w czasie referendum w Irlandii, było nieprawdopodobne" - dodaje.

Przeciwników to jednak nie przekonuje. Przypominają, że Genley robi wokół siebie dużo zamieszania, jednak w rzeczywistości jest zwykłym pozerem o niewielkiej zdolności analizowania unijnej polityki. Jeszcze niedawno przekonywał, że Sarkozy’emu nie uda się zmusić Irlandczyków do powtórnego głosowania nad ustaleniami z Lizbony. "Na świecie był tylko jeden koleś, który potrafił wskrzeszać zmarłych. Ale nie był Francuzem, a na imię nie miał Nicolas" - zapewniał. Dziś sprawa drugiego referendum w Irlandii wydaje się przesądzona, ale Ganleyowi to nie przeszkadza. Znów będzie na nim zbijał kapitał polityczny, tym razem już nie w "obawie o przyszłość swoich dzieci". Chce wejść do unijnego parlamentu i rozpocząć nową epokę na salonach politycznych Strasburga i Brukseli.