MICHAŁ POTOCKI: Coraz więcej wskazuje na to, że kryzys w Rosji nie będzie tak łagodny, jak do tej pory zapewniały władze.

WŁADIMIR PRIBYŁOWSKI*: Kryzys dotknął Rosję. Tyle, że inaczej niż USA. Na Zachodzie recesja dotyczy systemu finansowego, podczas gdy u nas taki system praktycznie nie istnieje. Ludzie nie trzymają pieniędzy w bankach, tylko w domach, wymieniając często gotówkę na euro czy dolary. W Rosji kryzys został spowodowany przez drastyczny spadek cen ropy naftowej. Cała Rosja żyje na rachunek sprzedaży surowców. Mamy poważny problem.

Co to oznacza dla władz? Jak zmieni się państwo?

Jeśli cena ropy spadnie do 20 dolarów za baryłkę, Rosja straci możliwość wypłacania pensji ludziom. Wtedy dojdzie do buntów. Jeśli cena nie spadnie do 20 dolarów, będzie dochodziło raczej do lokalnych nieporządków – takich jak te, które widzieliśmy na Dalekim Wschodzie. Co charakterystyczne, rząd podejmując decyzję o podwyżce ceł na sprowadzane z Japonii samochody, chciał chronić rodzime fabryki – AwtoWAZ i KamAZ – których szefami są ludzie powiązani z Kremlem. A można byłoby się obejść bez podwyżki ceł.

Parlamentarni eksperci oskarżyli cudzoziemców i separatystów o inspirowanie protestów na Dalekim Wschodzie. O czym to świadczy?

To taki uniwersalny instrument Kremla: wszystko zwalić na wrogów zewnętrznych. Ale o ile łatwo było przekonać ludzi, że Saakaszwili napadł na Osetię przez podszepty Busha, o tyle trudno będzie im wmówić, że Bush i agenci Zachodu organizowali strajki we Władywostoku.

Czy kryzys może sprowokować Kreml do jeszcze większego ograniczenia swobód obywatelskich?

Tak, to bardzo prawdopodobne. Na razie nie ma u nas ostrej dyktatury, ale raczej miękki autorytaryzm. Całkiem sporo wolno, więc jest co ograniczać.

*Władimir Pribyłowski, rosyjski historyk i politolog, szef Informacyjno-Eksperckiej Grupy „Panorama”