Sytuacja na Madagaskarze od kilku tygodni zmierzała do tragedii. Od wielu dni zwolennicy opozycji i zdymisjonowanego mera stolicy wyspy Andry’ego Rajoeliny protestowali przeciwko prezydentowi Marcowi Ravalomananie i jego rządowi. Rajoelina oskarża prezydenta o korupcję i łamanie konstytucji.

Sobotni dramat zaczął się, gdy 20-tysięczna demonstracja opozycji podeszła do pałacu prezydenckiego. Wojsko otworzyło ogień do demonstrantów. Padli zabici i ranni. Nie jest jasne, czy sam Rajoelina brał udział w protestach. Na czele pochodu szedł Monja Roindefo, ogłoszony w sobotę rano przez przywódcę opozycji "przejściowym premierem". Sam Rajoelina wystąpił w sobotę w niezależnym radiu Viva. Gdy zaczęła się rzeź, wezwał wojsko, w którym ma wielu zwolenników, do zaprzestania ognia. Zaapelował też, by armia przyłączyła się do niego i pomogła obalić prezydenta.

Według agencji Reutera, niepokoje społeczne i polityczne na ubogim Madagaskarze zaczęły się trzy lata temu, gdy odkryto tam złoża ropy naftowej. Gdy w wyniku walk zaczęli ginąć ludzie, prezydent Ravalomanana zamknął pod koniec stycznia główną telewizję wyspy. W swoich reportażach stacja pokazywała gwałty i przemoc, których dopuszczało się wojsko. Prezydent nakazał ludności wyspy zachowanie spokoju i "podjęcie codziennych zajęć". Rozkazał też aresztować najważniejszych "burzycieli porządku".

Dziś odświętnie ubrani mieszkańcy stolicy jak co tydzień poszli na niedzielne msze. Po mieście jeżdżą taksówki, a po wczorajszych protestach nie ma śladu.