Kiedy we wrześniu 2008 roku uprowadzono polskiego geologa, nikt nie spodziewał się, że dojdzie do najgorszego. Porwania to w Pakistanie codzienność i sposób na życie. Prawie zawsze udaje się wyciągnąć ludzi z opresji. Za okup. Tym razem było inaczej. Porywacze najpierw zabili ochroniarzy Polaka, później postawili twarde warunki - uwolnienie towarzyszy broni, którzy trafili za kratki podczas operacji armii pakistańskiej przeciw rebelii na pograniczu afgańsko-pakistańskim.

Polskie państwo stanęło przed jednym z najtrudniejszych testów. Musiało wydostać swojego obywatela z krainy, przy której pogrążony w rebelii sąsiedni Afganistan wydaje się niemal oazą spokoju. Misja okazała się niemożliwa.

Po zabójstwie Polaka dokonanym przez Tarika Afridi, głównego komendanta z Darra Adam Khel, próbowaliśmy ustalić, jaką taktykę przyjęły polskie władze i czy premier nie kłamał, kiedy mówił, że "nie można było zrobić więcej".

Aby ocenić, jak skomplikowane było to zadanie, trzeba najpierw przedstawić rejon, w którym przyszło walczyć o Polaka.

Czym jest pogranicze?

Pokryta siwizną głowa, okulary zsunięte na nos. W dłoni wąski pilnik poruszający się z precyzją skalpela. Starzec siedzi w kucki. Jego warsztat na przedmieściach Peszawaru nie narzeka na brak klientów. Kilku z nich na stołeczkach, czekając na swoją kolej. Milczą, obserwują z szacunkiem pracę mężczyzny. Na kolanach pistolet. Naprawia broń. W ruchach precyzja, żadnych zbędnych gestów. To lokalny mistrz rusznikarstwa. Nieobce mu kałasznikowy, karabiny maszynowe, a nawet wyrzutnie granatów przeciwpancernych RPG. Pracy ma dużo, wokół wojna. Broń trzyma tu każdy, ale od półtora roku automaty i pistolety zużywają się szczególnie szybko. Ziemie wokół Peszawaru w północno-zachodnim Pakistanie, gdzie zginął polski inżynier, zamieszkują Pasztunowie. Większość tych terenów wchodzi w skład Północno-Zachodniej Prowincji Granicznej, ale obszary tuż przy granicy z Afganistanem rządzą się same. Jeszcze w brytyjskich czasach kolonialnych tamtejsze plemiona wynegocjowały pełną autonomię. Pakistan uszanował ten stan rzeczy. W siedmiu tak zwanych agencjach pozwolił rządzić radom plemiennym i ich wodzom - malikom. Na tej ziemi niczyjej radykalny ruch islamski zdobył licznych zwolenników. Głosił bowiem wolność, tak bliską sercom Pasztunów. Wolność od wszystkich. Państwa i skorumpowanych plemiennych wodzów. Wolność i solidarność wiernych przekraczającą podziały plemienne, narodowe oraz majątkowe. Dla ludzi, którzy nie mają niczego poza swoją nędzą, to atrakcyjna propozycja. Radykałowie mogli bez przeszkód rozbudowywać tu swoje struktury z błogosławieństwem rządu i pakistańskich sił specjalnych. Do czasu.

Wszystko zmieniło się jednego dnia. 11 września 2001 roku. Po ataku terrorystów na Nowy Jork i Waszyngton Amerykanie zażądali od Pakistanu wydania wojny radykałom. Dziś wiemy już, że nie zawahali się grozić prezydentowi Pervezowi Muszarrafowi zbombardowaniem jego kraju, gdyby odmówił. Musiał wybierać między gniewem islamistów a gniewem Ameryki. Roztropnie uznał, że ten drugi jest groźniejszy. W kierunku ziem wolnych plemion ruszyły kolumny pakistańskiej armii. Szło im kiepsko. Tak bardzo, że nie tylko nie pokonały wroga, ale jeszcze zaczęły wchodzić z nim w układy. Trzy lata po 11 września władze pakistańskie uznały nieformalnie rządy islamistów w południowym, a następnie północnym Wazyrystanie. Wbrew Ameryce, oczywiście. Powstał tam Islamski Emirat Wazyrystanu. Początkowo dominowały w nim siły dawnego afgańskiego komendanta mudżahedinów Hakkaniego, który przeszedł na stronę talibów. Jego bojownicy walczą też w polskiej prowincji Ghazni w Afganistanie. Z czasem jednak Wazyrystanem zawładnęli lokalni radykałowie pod wodzą Beitullaha Mehsuda, najsłynniejszego dziś komendanta polowego, nazywanego nawet nowym bin Ladenem.

Krew za krew

Rozejm trwał do lipca 2007 roku. Wtedy to siły rządowe wdarły się do zajętego przez radykałów czerwonego meczetu w Islamabadzie. Urządziły zgromadzonym tam wiernym krwawą łaźnię. Zbrojne oddziały islamistów z pogranicza uznały ten mord za zdradę. Wojskowy dyktator kraju, generał Muszarraf chciał urządzić pokazowy pogrom radykałów i kazał szturmować niebroniony meczet. Kiedy badaliśmy tę sprawę na miejscu w Islamabadzie, twierdzili tak nawet prawnicy niezwiązani z islamistami.

"W imię Allacha miłosiernego, litościwego ta krew zostanie pomszczona" - oświadczył Mehsud i uderzył na posterunki sił rządowych. Wazyrystan stanął w ogniu. Nie tylko on. W dolinie Swat, położonej poza terenami plemiennymi, wybuchła lokalna rebelia. Pomimo interwencji wojska do dziś nie udało się jej stłumić. W kolejnych agencjach plemiennych oraz powiatach Prowincji Granicznej formowały się oddziały partyzanckie. W grudniu zawiązały federację - Ruch Talibów Pakistanu - Tehrik-e-Taliban.

W tym samym miesiącu terroryści zamordowali Benazir Bhutto, przywódczynię pakistańskiej opozycji. Rząd wskazał palcem winnych: Beitullah Mehsud i jego talibowie. Dowodów nie miał żadnych, a zwolennicy Benazir obwiniali o tę śmierć bardziej jego niż islamistów.

Kiedy sędziwy rusznikarz z Peszawaru piłował zepsuty pistolet, na Wazyrystan ruszyła lawina żelaza. Muszarraf chciał pokazać światu, że potrafi ukarać zabójców. Peszawar i droga z miasta na południe stała się zapleczem tej operacji. Żołnierze w mieście stali się bardziej nerwowi, niebo huczało łopatami bojowych śmigłowców. "Naszym celem jest całkowite zniszczenie przestępców (talibów)" - tłumaczył nam wtedy pułkownik Shahid z regionalnego dowództwa w Peszawarze. Wieścił wrogom zagładę, popijając herbatkę z mlekiem podaną przez wypucowanego ordynansa. Ten dżentelmen z brytyjskim sznytem odegrał przed cudzoziemcami wyreżyserowany w stolicy spektakl. Dobrze widział, że jego pendżabskie pułki nie zdołają pokonać bitnych Pasztunów. Ani one, ani artyleria i lotnictwo, które równały z ziemią wioski i meczety Wazyrystanu.

Rebelia rozlewa się

Od tego czasu walki wybuchły we wszystkich siedmiu agencjach wolnych plemion oraz na ziemiach Prowincji Granicznej w dolinach Swat i Dira, a także w regionie Darra Adam Khel, gdzie zginął Polak. Dziś talibowie dominują wszędzie na północ, południe i zachód od Peszawaru. Miesiąc temu zaatakowali lotnisko w tym mieście, niszcząc kilkadziesiąt ciężarówek załadowanych zaopatrzeniem dla wojsk NATO w Afganistanie, w tym opancerzonymi hummerami. Wcześniej odcięli drogę przez Przełęcz Chajberską - główny szlak zaopatrzenia Paktu. Między innymi dlatego właśnie na ostatnim szczycie w Monachium poświęconym bezpieczeństwu Stany Zjednoczone były tak miłe dla Rosji. Potrzebują jej i postsowieckich republik Środkowej Azji, by transportować przez ich terytorium towary i amunicję dla wojsk w Afganistanie. Pakistan stał się zbyt niebezpieczny. Nie tylko dla nieuzbrojonych obywateli innych państw, ale także dla ochranianych konwojów z zapatrzeniem.

Polacy dotarli do "ojca talibów"

Ministerstwo Spraw Zagranicznych już jesienią ubiegłego roku, zaraz po porwaniu inżyniera, dawało do zrozumienia, że jego uwolnienie jest jednym z najtrudniejszych zadań, jakie przyszło mu realizować. Nie mieliśmy wiarygodnych i świeżych informacji o sytuacji na pograniczu. Wiele z tego, co docierało do Warszawy, było zwykłymi plotkami rozpuszczanymi przez lokalnych watażków. W takiej sytuacji nasze władze skoncentrowały się na naciskaniu na rząd w Islamabadzie. Działanie za jego pośrednictwem. Polacy poszli jednak dalej. Nasz rząd doskonale wiedział, że władze pakistańskie nie kontrolują pogranicza i liczenie tylko na nie byłoby równoznaczne ze skazaniem Polaka na śmierć.

Jak udało się nam ustalić, polski negocjator Zenon Kuchciak na początku stycznia nawiązał kontakt z jedną z najważniejszych postaci z pogranicza afgańsko-pakistańskiego Samim ul-Haqiem. Jest on głównym architektem ruchu talibskiego, który w połowie lat 90. przejął władzę w Afganistanie.

Jak powiedział nam jeden z dziennikarzy z Peszawaru - Haq był najwłaściwszym adresatem próśb Polaków. To on w 2007 roku był jednym z najważniejszych rozgrywających przy uwolnieniu porwanej w Afganistanie grupy Koreańczyków. Talibowie zabili dwóch mężczyzn, reszta została uratowana. Dowodzi to wpływów Haqa nie tylko w Pakistanie, ale i po drugiej stronie granicy - w Afganistanie.

Jak wyglądało spotkanie Kuchciaka z Haqiem?

"Doszło do niego w pierwszych dniach stycznia tego roku. To Polacy wystąpili z inicjatywą spotkania. Chcieli pomocy. Człowiek z waszej ambasady skontaktował się z moim ojcem i powiedział, że przybysz z Polski (Kuchciak) pragnie się z nim widzieć" - mówi Rashid ul-Haq, syn Samiego i faktyczny przywódca jego ruchu. Do spotkania doszło w domu Haqa w Islamabadzie. Później jego ludzie mieli naciskać na grupę Tariqa, aby ta uwolniła Polaka.

"Po spotkaniu z Polakami mój ojciec widział się z różnymi ludźmi z pogranicza afgańsko-pakistańskiego. Apelował do nich. Rozmawiał także z członkami rządu, urzędnikami Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Apelował na łamach lokalnych gazet. Ale porywacze nie posłuchali. Odrzucali jego żądania" - mówi Rashid. Jego ojciec nie był jedynym polskim kontaktem wśród islamskich radykałów. W negocjacje zaangażował się również były poseł do pakistańskiego parlamentu z ramienia Towarzystwa Islamskich Ulemów i zaufany pakistańskiego MSW - Shah Abdul Aziz. Widywał on porwanego Polaka. Jak twierdzi, szanse na jego uwolnienie były duże. "Talibowie dawali mu 60 proc. szans" - mówi.

Jeśli Rashid i Aziz mówią prawdę, polska strona dobrym wyczuciem i zapukała pod odpowiedni adres. Rebeliancki oddział z Darra Adam Khel urwał się jednak ze smyczy i nie chciał słuchać duchowych mentorów ruchu.

Gra wywiadów

Równolegle z rozmowami z islamistami polski rząd nawiązał współpracę z wywiadami amerykańskim i brytyjskim, które znacznie lepiej orientują się w sprawach pogranicza afgańsko-pakistańskiego. Brytyjczycy mieli być nawet bardziej przydatni od znienawidzonych w Pakistanie Amerykanów - jak dawali do zrozumienia przedstawiciele polskiego rządu, jeszcze jesienią ubiegłego roku. Dla agentów Zjednoczonego Królestwa pogranicze afgańsko-pakistańskie - dawna kolonia - stało się priorytetem. To jądro ciemności, gdzie szkolą się przyszli zamachowcy, planujący ataki na terenie Wielkiej Brytanii.

Również Amerykanie przekonują dziś, że zaangażowali "wiele agencji", by pomóc Polakom. "Wysłaliśmy na miejsce najbardziej doświadczonych negocjatorów. Poruszyliśmy kanały dyplomatyczne. Nie mogę mówić o szczegółach, ale w sprawę było włączonych wiele naszych służb. Doszliśmy najdalej, jak można było dojść" - mówił zastępca ambasadora Stanów Zjednoczonych w Warszawie Pamela Quanrud. Amerykańska dyplomatka przekonywała, że bezpośrednio pomagały nam dwie ambasady USA: w Islamabadzie i Kabulu.

Amerykanie rzeczywiście mają w Pakistanie spore możliwości. CIA zajmuje się na pograniczu szkoleniem Korpusu Granicznego rekrutowanego z lokalnej ludności, którego zadaniem jest walka z fundamentalistami. Pod koniec ubiegłego roku zdecydowano, że formacja będzie liczyć docelowo 100 tysięcy żołnierzy. Nad najbardziej zapalnymi rejonami - w poszukiwaniu talibskich komendantów polowych - latają bezzałogowe samoloty szpiegowskie. Dla USA kontrolowanie tego, co dzieje się na tych terenach, ma kluczowe znaczenie. Władze w Waszyngtonie jak ognia bowiem boją się tego, że Pakistan pogrąży się w chaosie i dojdzie do talibanizacji państwa, które dysponuje bronią atomową.

Zwrócenie się o pomoc zarówno do Amerykanów, jak i Brytyjczyków przy próbie uwolnienia inżyniera było niezbędnym krokiem. Podobnie jak rozmowy z Haqami. Dlaczego zatem negocjacje załamały się, a Polak zginął?

Coś poszło nie tak

Trzy wydarzenia rzucają nowe światło na całą operację. Po pierwsze, jak przekonują zarówno Raszid ul-Haq, jak i Abdul Aziz, pakistański rząd nie chciał zgodzić się na uwalnianie jakichkolwiek więźniów, co było najważniejszym żądaniem porywaczy. Twardego stanowiska władz w Islamabadzie nie zmieniło nawet to, że pod koniec rebelianci domagali się wypuszczenia z więzienia już nie kilkudziesięciu, lecz tylko dwóch swoich kompanów. Jak zapewniali nasi rozmówcy, nie było wśród nich zabójcy amerykańskiego dziennikarza Daniela Pearla, którego zamordowano w Pakistanie w 2002 roku. Na jego zwolnienie nie zgodziliby się Amerykanie.

Po drugie: w ostatnich tygodniach na pograniczu afgańsko-pakistańskim trwała zakrojona na szeroką skalę ofensywa przeciw rebeliantom. Zdaniem Hamida Mira, pakistańskiego dziennikarza, jednego z nielicznych, któremu udało się w 2001 roku dotrzeć do Osamy bin Ladena i przeprowadzić z nim wywiad, Polak mógł stać się dla porywaczy balastem.

Po trzecie wreszcie, jak donosi w czwartkowym wydaniu pakistański dziennik "The News", w szeregach talibów wybuchła kłótnia. Przedmiotem sporu były nazwiska uwięzionych, za których porywacze chcieli wypuścić Polaka. Oskarżany o zorganizowanie zamachu na byłą premier Pakistanu Benazir Bhutto - Baitullah Mehsud, który formalnie stoi na czele konfederacji pakistańskich rebeliantów Ruchu Talibów Pakistanu (Tehrik-e-Taliban-e-Pakistan), chciał wymienić zakładnika za ludzi ze swojej organizacji. Innego zdania był Qari Hussein, komendant rebeliantów z organizacji Lashkar-e-Janghvi. To właśnie Lashkar przetrzymywała Polaka, a Hussein chciał, by rząd wypuścił nie ludzi Mehsuda, ale uzbeckiego rebelianta oraz czterech innych kryminalistów. Bojownicy z Ruchu Talibów Pakistanu planowali nawet zbrojne przejęcie naszego inżyniera. Przyspieszyło to jego egzekucję.

***

Śmierć Polaka była dla nas wstrząsem. Pierwszy raz doświadczyliśmy wprost skutków terroryzmu. Światu natomiast po raz kolejny pokazała, że sprawy z Pakistanem mają się źle. Nowa administracja amerykańska uznała nawet toczoną w tym kraju wojnę za problem pilniejszy do załatwienia niż sąsiedni Afganistan, gdzie Stany Zjednoczone chcą jeszcze w tym roku zwiększyć swój kontyngent o 30 tysięcy żołnierzy i naciskają na Polskę, by poszła w ich ślady. Nic dziwnego. Armia pakistańska albo ociąga się z rozgromieniem talibów, albo nie jest zdolna do ich pokonania. Mało tego, radykalna konspiracja islamska kwitnie też w stolicy Islamabadzie, na południu kraju, w Beludżystanie i rolniczym Pendżabie. Gdyby Pakistan był silnym państwem, nie zdołałaby przejąć władzy, ale to kraj toczony przez korupcję, inflację i biedę. Do tego nieudolnie zarządzany. Coraz mniejszej liczbie obywateli zależy na przetrwaniu tego państwa. Jego upadek i podział jest jak najbardziej realny. Na nieszczęście świata, zdołało ono wyprodukować broń atomową, która może zostać użyta w wojnie z Indiami albo wpaść w ręce radykałów, jeśli zdołaliby przejąć władzę. To dużo groźniejsza ewentualność niż powrót talibów do władzy w Afganistanie. Nasz inżynier padł na pakistańskim odludziu ofiarą rozgrywki o bezpieczeństwo świata. Pokój jego pamięci.