Na wystąpienie Klausa oczekiwano w Brukseli w dużym napięciu. Było ono bowiem pierwszym spotkaniem czeskiego lidera z europosłami od czasu pamiętnej grudniowej wizyty w Pradze delegacji przewodniczącego PE Hansa-Gerta Poetteringa, która zakończyła się wielką awanturą. Po tamtym spotkaniu Klaus miał powiedzieć, że tylu zniewag nie doświadczył jeszcze nigdy w czasie całej swojej prezydentury.

Dlatego, gdy wczoraj punktualnie o 11 czeski prezydent zjawił się na trybunie w towarzystwie Poetteringa, każdy ruch obu panów był skrzętnie analizowany. Natychmiast po wysłuchaniu "Ody do radości”, nieoficjalnego hymnu UE, Klaus nie pozostawił wątpliwości, że nie zmienił swoich poglądów na kształt UE.

"Reprezentuję tę część opinii publicznej, która przeciwstawia się dławiącej wolność poprawności politycznej. Uważamy, że integracja europejska ma wiele możliwych wariantów. Gdy ktoś krytykuje pomysły Brukseli, nie znaczy to, że jest wrogiem Europy. To postawa, której mój kraj zaznał przed rokiem 1989" - powiedział Klaus. Czeski prezydent skrytykował Unię Europejską za deficyt demokracji, biurokrację, służenie tylko ambicjom elit, zamknięcie na inne poglądy, tłamszenie państw narodowych i ciągoty ku gospodarce planowej na wzór ZSRR.

"Czy głosując na tej sali, nie nachodzą państwa wątpliwości, że wiele z tych spraw powinno zostać załatwionych bliżej ludzi w narodowych parlamentach" - pytał retorycznie 68-letni czeski prezydent. Jego wystąpienie wielokrotnie przerywane było na przemian oklaskami (z ław eurosceptycznych posłów) i buczeniem pozostałych deputowanych.

Gdy Klaus stwierdził, że traktat lizboński to w praktyce nic innego, tylko odrzucona eurokonstytucja i dlatego jest jej przeciwny, część posłów demonstracyjnie opuściła salę obrad. Głos Klausa w sprawie traktatu jest ważny, bo gdy w kwietniu dokument zostanie zatwierdzony przez czeski senat, podpis pod nim będzie musiał złożyć również prezydent.

Na zakończenie przewodniczący Poettering nie odmówił sobie skontrowania słów gościa z Pragi.

"Sam prosił pan o to wystąpienie. Myślę, że gdybyśmy cierpieli na deficyt demokracji, jak pan sugeruje, to nie zostałby pan dopuszczony do głosu. To różni nas od komunizmu panującego w Czechach przed 1989" - powiedział Niemiec. Tym razem to on dostał rzęsiste brawa od posłów, którzy w tym czasie wrócili na salę obrad.