"Jeżeli powiedzie mi się w Nowym Jorku, to powiedzie mi się wszędzie!" - śpiewał Sinatra o nastrojonym na wysoki ton mieście, w którym rozpływał się małomiasteczkowy smutek i otwierały się drzwi do sukcesu. Dzisiaj królowie życia i "number ones" z finansjery, przez lata nadający ton Wielkiemu Jabłku, walczą w panice o przetrwanie recesji. Z ich traumą cierpi cała metropolia, bo to pieniądze z Wall Street trzymały ją na niemal magicznym, pożądanym przez wszystkich poziomie.

W zeszłym tygodniu na nadzwyczajnym posiedzeniu zebrała się rada miejska i przedstawiciele burmistrza Nowego Jorku. "Tego, co mieliśmy tu przed kryzysem, odtworzyć się już nie da. Przynajmniej przez kilkanaście dobrych lat" - stwierdził wiceburmistrz ds. ekonomicznych Robert C. Lieber. Według ostatnich statystyk wskutek załamania na Wall Street i upadku takich finansowych gigantów jak Lehman Brothers pracę w tym sektorze straci w sumie 65 tys. osób. To sporo nawet jak na miasto, w którym swoje siedziby ma jedna dziesiąta spośród wszystkich 500 największych przedsiębiorstw w Stanach Zjednoczonych (według listy "Forbesa"). "Teraz włodarze miasta będą wychodzić z siebie, żeby tych osobliwych bezrobotnych, przywykłych do ostryg i kawioru, zatrzymać w mieście. To oni są bowiem vis vitalis Nowego Jorku - tym, co nakręca je w ruch" - mówi nam Michael Leavine, prawnik z New York University, przez wiele lat członek zarządu linii lotniczej United Airlines.

Burmistrz Michael Bloomberg nie może sobie pozwolić na odpływ tak potężnej siły roboczej, którą "The New York Times" nazwał ofiarą wielkiego kasyna kapitalizmu. Miasto będzie się starało stworzyć dla niej nowe warunki do zawodowej aktywizacji, dać szanse w innych branżach. "Na razie nie wiadomo, na czym te szanse mają polegać. Budżet ma na początek uruchomić jakieś pieniądze, może kilkadziesiąt milionów dolarów, by wynająć powierzchnię biurową dla najbardziej kreatywnych spośród porzuconych przez Wall Street, aby mogli w komfortowych warunkach myśleć o nowym biznesie" - podsumowuje Phil Burghous, dziennikarz jednej z lokalnych gazet. O upadku Nowego Jorku z piedestału światowej finansjery krążą już dowcipy, jeden szczególnie makabryczny. Opowiedział go gospodarz jednego z popularnych wieczornych talk-show. "Kiedyś, jeszcze osiem lat temu, odrzutowce rozbijały się o czubki World Trade Center. Teraz latają tak nisko, że wodują na Hudsonie".

Udział nowojorskiej metropolii w całym amerykańskim PKB wynosił w zeszłym roku 8,3 proc. Według ekspertów w ciągu najbliższych lat skurczy się do 5 proc. Jak to się ma do codziennego życia nowojorczyków, każdą czynność od kupowania gazety przez siłownię i lunch po spacery po parku traktujących jak misterium? "Prawie nie jem. Po prostu nie mam czego. Na początku stycznia zamknęli moją ulubioną tajską restaurację, a jestem uczulona na soję, więc nie będę życiem ryzykować w innej. Cztery tygodnie temu zamknęła się piekarnia pod moim blokiem w Chelsea. W piątek chciałam odwiedzić taki skromny bar z przekąskami przy Pierwszej i Pierwszej. Zastałam szyby oklejone papierem i napis <for rent>" - żali się Jessica Thomson, informatyczka zatrudniona w jednym z większych banków. Ale nawet ci z Wall Street o mniejszych niż Jessica wymaganiach muszą przejść na dietę. Firmy, w których siedzi się zwykle do późnej nocy, sponsorują swoim pracownikom posiłki. Ostatnio obcięły kupony na subsydiowane kolacje średnio z 40 do 25 dol. Na tym ucierpieli restauratorzy, na ich stratach z kolei dostawcy i tak dalej rysować by można pandemonium ekonomicznego załamania.

"W naprawdę wielu knajpach, od Mike’s Papaya (lokalny fast food ze słynnymi hot dogami - red.) po Sushi Samba (snobistyczny lokal typu fusion) pojawiły się menu typu <recession special>, tanie zestawy, by tylko podtrzymać ruch w interesie" - opowiada Victor Ginsburg, pracownik Prudentiala, któremu jak większości finansistów zmniejszono pensje o jedną czwartą. Imprezy firmowe przeniosły się z klubów golfowych i jachtów do sal konferencyjnych aranżowanych tylko na moment, jak sala gimnastyczna na potrzeby studniówki. W skrajnych przypadkach menedżerowie spotykają się w opuszczonych garażach straży pożarnej. W gazetach i magazynach pojawiły się specjalne rubryki "life after layoff" (życie po zwolnieniu), gdzie zrozpaczeni czytelnicy dzielą się swoją żałobą z innymi. I wreszcie: zmienił się kanon nowojorskiej mody. "Nie wolno na spotkanie z klientem zakładać różowego krawata albo błękitnej koszuli. Wszystko musi być <na smutno>, na szaro" - dodaje Ginsburg. Nawet diabeł nie ubiera się już u Prady. Tuż przed niedawnym rozpoczęciem nowojorskiego Tygodnia Mody głos na temat trendów w obliczu recesji zabrała naczelna "Vogue’a" Anna Wintour. "W modzie jak na giełdzie. W czasie boomu ludzie za dużo kupowali i teraz przyszła korekta. Dziś nikt nie chce wyglądać zbyt krzykliwie, zbyt szpanersko, zbyt dubajsko, jakkolwiek to nazwiemy. Myślę po prostu, że to nie ten moment. Czuję, że nacisk będzie teraz kładziony na jakość i długotrwałość rzeczy, co naprawdę się liczy" - powiedziała w wywiadzie dla "Wall Street Journal".

Nowy Jork już raz stanął na progu załamania. W upiornej dekadzie lat 70. z miasta odpłynęło prawie 800 tys. mieszkańców. Władze metropolii błagały Biały Dom o pomoc, ale prezydent Gerald Ford się nie zgodził. Wysłał prosty komunikat: bankrutujcie. Wielkie Jabłko ocalało, bo burmistrz zaprosił do niego nowy biznes. Jednak według ekspertów dzisiejszy kryzys jest nieporównywalnie większy od tamtego. "Wtedy szło o nieudolność władz, o niewłaściwych ludzi w ratuszu. Trzeba ich było wymienić i udało się wyjść z tarapatów. Dzisiaj problem jest inny. Załamanie przeżywa każde amerykańskie miasto, a jego przyczyny są znacznie poważniejsze niż 30 lat temu" - mówi "Daily News" Ed Koch, który w tamtym krytycznym okresie został burmistrzem i wyciągnął miasto z kłopotów.

"Obecnej sytuacji nie da się też porównać z Wielkim Kryzysem lat 30. To, co się teraz dzieje z Nowym Jorkiem, przypomina raczej tzw. długą depresję, czyli trwające ponad 20 lat konsekwencje załamania gospodarczego z 1873 r. Bezrobocie w nowojorskiej metropolii sięgało wówczas jednej czwartej wszystkich zdolnych do pracy. Jednak bądź co bądź to w trudach tego kryzysu rodziła się wielka przemysłowa Ameryka. Stany Zjednoczone przeniosły się ze wsi do miast" - próbuje szukać jasnych stron w ekonomicznym załamaniu Scott Reynolds Nelson, historyk z College of William and Mary w Wirginii.

Do zmiany zapewne dojdzie, ale tym razem o postępie społecznym nie ma mowy. Nowy Jork może raz na zawsze oddać koronę królewskiego miasta wśród centrów biznesu jakiejś metropolii na wschodzących rynkach - w Chinach lub Indiach. Taką, bardziej ponurą dla American Dream, wizję przyszłości snuje w swojej nowej książce znany publicysta CNN Fareed Zakaria. Chociaż może nie trzeba następców Nowego Jorku szukać w Azji. Kryzys i towarzyszące mu bailouty, programy naprawcze i plany ratunkowe Kongresu oraz prezydenta generują naprawdę wiele miejsc pracy. To do Waszyngtonu ściągają teraz zewsząd ekonomiści i inni specjaliści, by doradzić władzom, jak wydać zarezerwowane na pobudzenie koniunktury pieniądze.