"Wszyscy myśleli, że rynek jest bogiem, który sam wszystko zrobi swoją niewidzialną ręką" – mawia 57-letni Sanchez. W jego gabinecie na ścianie wisi portret Argentyńczyka Ernesta Che Guevary, piewcy globalnej rewolucji. "Kiedyś nie wolno było proponować, by rząd mógł wpływać na rynek. Dzisiaj widać efekty" – mówi Sanchez, nawiązując do kryzysu, którego Hiszpania doświadcza szczególnie mocno. Bezrobocie sięga już 20 proc., a ceny nieruchomości spadają.

Na tym tle Marinaleda jawi się jak oaza spokoju. "U nas nie ma bezrobotnych" – zapewnia Sanchez. W lokalnej spółdzielni rolniczej, która jest największym pracodawcą w okolicy, za 6,5 godziny pracy każdy otrzymuje tyle samo – 47 euro. Jeśli ktoś straci pracę, urzędnicy ratusza załatwią mu tymczasową. Burmistrz co kilka tygodni w mieście organizuje „czyny społeczne” – mieszkańcy sprzątają wtedy ulice i robią drobne remonty. By utrzymać poczucie więzi z władzą, co sobotę na antenie lokalnej telewizji Sanchez wygłasza do swoich obywateli godzinną pogadankę o polityce. "Jak nazwać kogoś, kto jest jednocześnie zielonym, socjalistą i utylitarystą? Nie wiem, jakich słów użyć, żeby opisać to, w co wierzę" – przedstawia swoje credo.

Przygoda Sancheza z władzą zaczęła się trzy dekady temu. Gdy został wybrany na burmistrza, w Marinaledzie nastały rewolucyjne nastroje – mieszkańcy okupowali farmy, pikietowali urzędy, prowadzili strajki głodowe, domagając się od państwa pracy i ziemi. Pod wodzą Sancheza co kilka tygodni przez 12 lat organizowali pokojowe marsze, żądając wywłaszczenia lokalnego arystokraty. W końcu miasto dostało ziemię obszarnika, na której zbudowano spółdzielnię, gdzie dziś uprawia się brokuły, fasolę, pszenicę, paprykę i karczochy.

Burmistrz zapewnił Marinaledzie nie tylko pracę. W trzytysięcznym mieście są trzy publiczne pływalnie, boisko, siłownia, piękny park i żłobek za 17 euro miesięcznie. W mieście nie ma policji, bo nie ma przestępstw. Każdy mieszkaniec ma szansę na własne cztery ściany. – Moim zdaniem tanie mieszkanie to prawo człowieka – przekonuje Sanchez. Ratusz zorganizował budowlaną kooperatywę – członkowie muszą przepracować w niej kilkaset dni, a w zamian po 4 latach dostają własny domek za jedyne 20 tys. euro i niecałe 20 euro miesięcznego czynszu. Jednak nie ma mowy o indywidualizmie – projekt narzuca ratusz, czyli burmistrz.

Wraz z pogłębianiem się kryzysu fama o osiągnięciach Sancheza wyszła poza Andaluzję. Do miasta zaczynają ściągać nowi mieszkańcy i dziennikarze – w lipcu magazyn dziennika „El Mundo” zamieścił na okładce zdjęcie burmistrza upozowanego na Karola Marksa. Odezwali się też krytycy, którym nie podobają się jednoosobowe rządy w Marinaledzie. "Sanchez krytykował lokalnych możnych panów, a teraz zachowuje się jak oni. Dziś to on jako burmistrz jest największym posiadaczem ziemskim w okolicy" – mówi socjalistyczny radny Hipolito Aires. Jednak większości mieszkańców wydaje się to nie przeszkadzać. "Dlaczego inni tak nie potrafią?" – mówi Venessa Romero, która w ub.r. straciła pracę w Barcelonie. W Marinaledzie, skąd pochodzą jej rodzice, szybko znalazła zatrudnienie w spółdzielni za 1100 euro miesięcznie. Jak wszyscy.