Tysiące Greków zamieszkujących miejscowość Ajos Stefanos pod Atenami spędziło noc poza domem, po tym jak władze dokonały przymusowej ewakuacji miasteczka. Dwa tysiące strażaków i żołnierzy przez całą noc tłumiły płomienie. Wspierały ich setki cywilnych ochotników. Sytuacja uległa poprawie, ale ogień nadal zagraża setkom ludzi. „Jest mniej groźnych punktów, ale płomienie wciąż się posuwają” - mówił Janis Kapakis z greckiej straży pożarnej.

Jak na razie w wyniku pożaru nikt nie zginął. Zniszczeniu uległo jednak 30 tys. akrów ziemi i setki domów. Teraz na drodze płomieni znajduje się m.in. Maraton, z licznymi muzeami i zabytkami oraz historycznym polem bitwy. By zahamować rozprzestrzenianie się ognia w poniedziałek rano samoloty strażackie zrzucające z wysokości wodę na płonące pola wznowiły loty.

Wynik bitwy z ogniem może okazać sie decydujący dla politycznej przyszłości premiera Grecji Kostasa Karmanlisa i jego rządu. Karamanlis był ostro krytykowany za nieudolną walkę z falą pożarów, jaka przeszła przez kraj 2 lata temu.