Izraelska propozycja ma zakładać, że Szalit zostałby bezpośrednio wymieniony na 450 Palestyńczyków (spośród ok. 7700 znajdujących się w więzieniach) wypuszczanych na wolność w kilku etapach. Pierwsi opuściliby więzienie przed rozpoczęciem wymiany. Potem Szalit zostałby przewieziony do Kairu przez ludzi Hamasu i przekazany wysłannikom Izraela, na co Jerozolima odpowiedziałaby uwolnieniem kolejnej grupy Palestyńczyków. W ramach "humanitarnego gestu" na jesieni premier Beniamin Netanjahu jest gotów wydać kolejnych. Jerozolima za wszelką cenę chce jednak uniknąć wpisania jesiennej "amnestii" do formalnego porozumienia z radykałami.

>>>Egipt: Porwany żydowski żołnierz żyje

Prawdopodobnie decyzja należy teraz do jednego z najważniejszych liderów Hamasu, Chaleda Meszala. Ma on ją podjąć już w pierwszych dniach września. Uchodzący za pragmatyka Meszal opuścił w piątek Damaszek i w tym tygodniu powinien pojawić się w Kairze, gdzie spotka się z niemieckimi i egipskimi mediatorami, którzy mają go namawiać do przyjęcia izraelskiej oferty. Nieprzypadkowo zapewne w tym samym czasie w Kairze pojawią się szef izraelskich negocjatorów Haggai Hadas oraz dowódca militarnego skrzydła Hamasu Ahmed Al-Dżabari.

>>>Al-Kaida do Hamasu: Nie porzucajcie dżihadu

Obie strony konfliktu potrzebują teraz sukcesu: po tym jak Hamas bez powodzenia próbował zaprezentować niedawną wojnę w Strefie Gazy jako swoje militarne zwycięstwo, teraz radykałowie mogliby triumfalnie pokazać zwolnionych więźniów rodakom. Izraelski premier mógłby z kolei definitywnie podkreślić swoją przewagę nad poprzednikiem Ehudem Olmertem, który bezskutecznie obiecywał, że uwolni porwanego żołnierza przed odejściem ze stanowiska. Netanjahu też zresztą nie chce ryzykować spektakularnej porażki i woli studzić nastroje. - Decyzje o zawarciu porozumienia w ciągu kilku następnych dni to bezpodstawne spekulacje - stwierdził wczoraj na zamkniętym posiedzeniu swojego gabinetu.

>>>Hamas zabija własnych rodaków

Na porozumieniu mogliby zyskać też pośrednicy, a zwłaszcza Niemcy. Agenci BND od wielu lat starają się pośredniczyć między stronami konfliktu bliskowschodniego. Tak w oczach Izraelczyków, jak i Arabów uchodzą za wiarygodnych i uczciwych partnerów, tym bardziej że Berlin nie ma własnej polityki bliskowschodniej – takiej jak USA, Francja czy Rosja. Dzięki temu BND miała tu sukcesy – m.in. dzięki bardzo dobrym relacjom z libańskim szyickim Hezbollahem udało jej się doprowadzić w lipcu 2008 r. do wymiany ciał zabitych izraelskich żołnierzy za ciała libańskich oraz palestyńskich bojowników. Niemcy nie mogli przepuścili i tej okazji: kiedy po wiosennym fiasku rokowań w Kairze Izrael zwrócił się z prośbą o pośrednictwo do Berlina, propozycja została natychmiast przyjęta. Od połowy lipca w negocjacjach uczestniczy, według liderów Hamasu, około 3 – 5 agentów BND, którzy nieustannie kursują między Jerozolimą, Kairem, Damaszkiem i Berlinem. Jeśli im się powiedzie, za kilka lat to Berlin może być najważniejszym zachodnim mediatorem na Bliskim Wschodzie.